Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6-/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6-/6. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 kwietnia 2012

R. Gordon & B. Williams - Tunele



Autor: R. Gordon & B. Williams
Tytuł: Tunele
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 496


O serii Tunele, napisanej przez dwóch znajomych - Roderick'a Gordona i Briana Williams'a - słyszałam wielokrotnie. Bardziej lub mniej opinie przeplatały się w tak intensywnym stopniu, że w końcu sama postanowiłam sięgnąć po pierwszą część ów dzieła. O ile na samym początku odstraszył mnie napis na obwolucie: "Nowy bestseller (...) odkrywcy Harry'ego Pottera" - nie lubię, gdy często porównuje się książki do znanych wszyskim powieści, bo już na starcie mam wrażenie, że nowa pozycja nie zdoła dorównać poprzedniej - to później sprawa potoczyła się bardzo szybko.


Tunele znamieniują się na tyle wartką akcją, że od samego początku, przez środek książki, aż po jej zakończenie siedziałam jak na szpilkach. Nie wiem, co było tego przyczyną, ale zaczęłam utożsamiać się z głównym bohaterem - Willem, synem archeologa. Nigdy wcześniej nie czułam, że jestem w stanie przenieść się tak płynnie ze świata rzeczywistego do świata wyobraźni. Co więcej, książka została napisana w taki sposób, że czasem można było się zastanowić, czy naprawdę nie ma podziemnego świata, czy nie możemy przenieść się do innego miejsca, innej wręcz rzeczywistości, tylko za pośrednictwem tunelu?

Swoją przygodę rozpoczynamy wraz z Willem oraz jego ojcem, archeologiem, dokrotem Burrowsem. Od pierwszej strony toważyszą nam niesamowite emocje; nie dość, że kompani dotarli do podziemnej stacji, to jeszcze zaczynają sobie uświadamiać, że gdzieś dalej może istnieć coś więcej, coś przepełnione tajemniczymi mocami, coś, co pragnie wydostać się na powierzchnię. Od tego czasu nic w życiu wybitnego mężczyzny, jego dość apodyktycznej małżonki, a także rodzeństwa nie jest takie jak było wcześniej. Will schodzi do podziemi i od tamtej pory nic, w co wcześniej wierzył nie jest prawdą. Odkrywając świat, o jakim do tej pory nie miał pojęcia, pojmuje, że jest z nim związany bardziej niżby tego pragnął.

R. Gordon i B. Williams stworzyli tak przekonujące dzieło, że nie tylko młodzież, do której jest skierowana ta seria odnajdzie w niej coś dla siebie. Miałam okazję rozmawiać z dorosłą osobą, która z niemniejszym podekscytowaniem czekała na kolejne części przygód Willa i jego kompana. Z pewnością ten fakt doskonale świadczy, jak dobrą pozycją są Tunele.

Podsumowując, Tunele do reszty podbiły moje serce. Początkowo dość sceptycznie podchodziłam i do twórczości obu autorów, nie byłam bowiem pewna, czy pisarze będą w stanie dogadać się na tyle, aby seria nie była mieszaniną własnych wizji, często antagonistycznych, ale pokonałam swój lęk już po dwóch rozdziałach. Ta seria może przypaść do gustu i miłośnikom fantasy, i gustującym w powieściach młodzieżowych.

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.

czwartek, 12 stycznia 2012

Henryk Sienkiewicz - Ogniem i mieczem

Autor: Henryk Sienkiewicz
Tytuł: Ogniem i mieczem
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 844



     Po powieść Henryka Sienkiewicza pt. Ogniem i mieczem sięgnęłam pewnego zimowego wieczoru, chociaż trafniej byłoby to nazwać przedzimiem, w celu przypomnienia sobie lektur, które niegdyś mnie zauroczyły. Tak się składa, że nie zawsze byłam wielbicielką Sienkiewiczowskiej prozy. O ile moje pierwsze spotkanie z tym autorem było udane, to później wielokrotnie przestrzegana przed Krzyżakami, podchodziłam nieco sceptycznie do tej książki. I patrząc na to wszystko z boku, to właśnie początkowe nastawienie sprawiło, że nie odebrałam owej historycznej powieści tak jak powinnam. Postanowiłam zatem przypomnieć sobie, dlaczego stało się tak a nie inaczej, i po ponownym zagłębieniu się w lekturę Krzyżaków, stwierdziłam, że twórczość tego pisarza niezmiernie przypadła mi do gustu, dlatego sięgnęłam po kojne jego dzieło - pierwszą część Trylogii.

     Ogniem i mieczem opowiada o dziejach Polaków podczas powstania pod wodzą Chmielnickiego. Jego samego mamy okazję poznać już w pierwszych rozdziałach, aczykolwiek jest to dopiero pobieżny wgląd w niebywale rozwiniętą postać. Tłem drugoplanowym jest miłość Jana Skrzetuskiego, mężnego rycerza, oraz Heleny Krucewiczówny. Przyznam, że to właśnie ten aspekt sprawił, że książka zyskiwała dodatkowy atut. Uwielbiam powieści, w których akcja nie jest skupiona wokół jednego punktu, lecz rozbiega się w wielu kierunkach. W Ogniem i mieczem tak właśnie jest. Powstrzymywałam się, żeby nie zajrzeć na ostatnią stronę, bo chociaż bardzo dobrze znam historię, to pragnęłam odkryć nowe sytuacje towarzyszące rozwojowi uczucia hardych państwa.

     Już po pierwszych stronach powieści, fabuła zdaje się pochłaniać czytelnika. Gdyby ktoś przed sięgnięciem po tę pozycję, powiedział mi, że arcydzieło literatury zauroczy mnie na tyle, że będę miała ochotę na więcej, to wyśmiałabym go. W książkach, które niegdyś czytaliśmy możemy dostrzec coraz to inne tło towarzyszące rozwojowi akcji. Ja dzieje w Ogniem i mieczem doskonale znałam, to z filmu, to z lekcji, lecz mimo wszystko śledziłam z zapartym tchem postępowania Skrzetuskiego. Ten mężny człowiek od razu przysposobił sobie moją sympatię. Podążałam wraz z nim przez bory, lasy, byleby tylko odnaleźć ukochaną Helenę. I kiedy już mężczyzna został pozbawiony nadziei, pragnęłam go pocieszyć. Nieczęsto tak bardzo przywiązuję się do poszczególnych postaci. Zazwyczaj ma to miejsce w wielostronicowych seriach, typu Harry Potter, lecz tu, mimo iż powieść liczy zaledwie 844 strony, żywiłam przyjazne uczucia niemalże do każdego z bohaterów, także i niepokornego Kozaka. Mówiąc tylko, mam na myśli fakt, że nie spostrzegłam, kiedy skończyłam Sienkiewiczowskie dzieło.

     Podsumowując, powieść Sienkiewicza polecam absolutnie każdemu. Począwszy od pasjonatów historii, po złaknionych nowych przygód niedowiarków, że książka historyczna potrafi zdobyć tak wielką sympatię czytelnika. Podążając przez długie opisy, rozkoszne wysnucia zatartych wątków na wierzch, będziemy w stanie odbyć podróż w nieprzebrane motywy literackie; w Ogniu i mieczu kryją się bowiem zarówno wątki podróżnicze, miłosne, jak i dotyczące domu, za który Polacy tak chwacko walczyli. Jedno trzeba przyznać Henrykowi Sienkiewiczowi - dokonał tego, co zamierzał, stworzył powieść pokrzepiającą serca patriotów.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Zielona Sowa, za co serdecznie dziękuję.
 

niedziela, 4 grudnia 2011

Gemma Malley - Deklaracja

Autor: Gemma Malley
Tytuł: Deklaracja
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 384

     Ostatniej soboty, zupełnie bez zastanowienia sięgnęłam po Deklarację. Ostatnimi czasy w zasięgu moich rąk były tylko ciężkie lektury, toteż po zmęczeniu zarówno nauką, jak i czytaniem trudnych powieści, bez entuzjazmu sięgnęłam po tę książkę. Początkowo nieco mozolnie wertowałam strony, lecz po chwili wciągnęłam się w całą historię. Sama nie wiem kiedy przebrnęłam przez pierwsze pięćdziesiąt stron, potem kolejne i kolejne. Skończyło się na tym, że sobotni ranek, który miałam przeznaczyć na naukę biogramów artystów, przeznaczyłam dziełu Gemmy Malley. Jestem pewna, iż nie był to stracony czas, bo nie dość, że Deklaracja pomogła mi się odstresować, to pokazała świat takim, jakim nigdy nie chcielibyśmy go zobaczyć. Ostatnimi czasy nader często widzę na półkach w księgarniach oraz bibliotekach podobne antyutopijne historię, chociaż przyznam, że pierwszy raz zdarzyło mi się przeczytać jakąś w tak szybkim tempie. Bynajmniej nie była to zasługa tego, iż autorka nie ma niczego do powiedzenia, bo jest zupełnie inaczej. Widać, że posiada swoją wizję i przedstawiła ją w miarę przystępny sposób.

Akcja wyżej wymienionej książki rozgrywa się w Wielkiej Brytanii, blisko sto lat po naszych czasach. Został wynaleziony pewien lek, który jak się zdaje potrafi zatrzymać starzenie się ciała. Jednakże, jak przeczytałam w pewnym momencie (cytatu niestety zapewne nie znajdę) grawitacja nadal działa, zatem skóra musi być podtrzymywana przez odpowiednią bieliznę - trochę nie w temacie, ale teraz przypomniała mi się ta scena. W związku z niestarzeniem się społeczeństwa świat został podzielony na dwie grupy ludzi: legalnych oraz nadmiarów. Tak się składa, że Anna, bohaterka opowieści, należy do tej drugiej grupy. Mieszka wraz z innymi niechcianymi bądź odebranymi rodzicom dziećmi w zakładzie prowadzonym przez Panią Sharpe - bezwzględną kobietę, która w rzeczywistości skrywa głęboki żal. 

     Nadmiar Anna - jak mówi sama o sobie - ma piętnaście lat. Przybyła do Grange Hall jakiś czas temu i zdążyła już sobie przysposobić sympatię tutejszej kierowniczki - takie przynajmniej odniosłam wrażenie, sądząc po pochwalnych notatkach zapisywanych w dzienniku przez dziewczynę - co okazało się omyłką, o czym ku wielkiemu rozczarowaniu przekonała się w pewnym momencie Anna. Bądź co bądź, miała możliwość przekonać się o domniemanej przychylności dyrektorki (że tak pozwolę sobie ją nazwać), gdy ta powierzyła jej rolę prefekta. Od tego czasu pierwszoplanowa postać jest przekonana, że jej rolą jest zostać "przydatnym" Nadmiarem. Co zatem oznacza słowo przydatność w języku bohaterki? Jest to nie mniej, nie więcej jak niewolnicza praca, którą miałaby sprawować w domu prawowitych ludzi. 

     Wszystko toczy się monotonnym rytmem wyznaczanym przez kolejno następujące po sobie obowiązki do czasu, kiedy do ośrodka przybywa Peter - nieznośny chłopak, nie wiedzieć czemu nazywający Annę po nazwisku (Covey), co jest wystarczającym powodem do niepokoju, bowiem tacy jak ona nie posiadają ani drugiego imienia, ani tym bardziej miany rodowej. Oznajmia również, iż wie, kim są rodzice pani prefekt, czego ona sama nie przyjmuje do wiadomości - zarzeka się, że ich nienawidzi. Od tej pory bohaterowie podejmują wiele znaczących decyzji, aby doprowadzić akcję do ostatecznego - epitafium.

     Finisz powieści, szczerze powiedziawszy, nieco mnie zbił z tropu. W pewnym stopniu moje początkowe przypuszczenia się ziściły, aczykolwiek było dla mnie sporym zakończeniem to, co rozegrało się na ostatnich dwudziestu stronach. Przyznam, że autorce udało się stworzyć powieść nie tylko potrafiącą zaciekawić czytelnika niemalże od pierwszej strony, ale również sprawiła, iż zakończenie stało się swego rodzaju czymś wyjątkowym - nie każdy pisarz zdobyłby się na tak drastyczne rozwiązanie, co nie umniejsza tego, że niezmiernie mi się podobało i ostatecznie to ono warunkowało na końcową ocenę Deklaracji.

     Nie rozpisując się przesadnie, bo nie w tym rzecz, aby zaledwie parę osób przeczytało pobieżnie recenzję, pragnę rzec, że mi ta powieść się spodobała. Stanowiła miłą odskocznię po ciężkim tygodniu i przypomniała mi, dlaczego tak naprawdę lubię czytać książki - dlatego, że dorywają stopy od ziemi, sprawiając, iż przeżywam to, czego nie mogłabym przeżyć realnie. Zatem, przeczytajcie dzieło Gemmy Malley, bo zapewniam, że jest tego warte. Przyznaję, że mimo iż na początku nie byłam nastawiona do tej książki entuzjastycznie, to zrobiła na mnie niebywałe wrażenie oraz sprawiła, że jeszcze nie raz i nie dwa sięgnę po tak odprężającą lekturę.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.


     PS. To chyba pierwsza od dłuższego czasu recenzja, którą napisałam w zasadzie bez pośpiechu, jak gdybym czyniła to dla samej siebie, a nie dla was.  W dodatku pisało mi się tak lekko, jakbym robiła to jedynie w myślach, a nie na papierze (cóż, wirtualnym) - lubię to uczucie. :)

sobota, 5 listopada 2011

Juliusz Verne - Pięćset milionów hinduskiej księżniczki

Autor: Juliusz Verne
Tytuł: Pięćset milionów hinduskiej księżniczki
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 205

     Juliusza Verne nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Z pewnością wielu z was zetknęło się już z jego powieściami czy to mimochodem o nich słysząc, czy czytając z premedytacją. Pomimo że powieściopiszarz odszedł na łono Abrahama ponad sto lat temu, to historie przezeń przedstawiane są czytywane do dziś i mogą służyć za wzór dla wielu osób, pragnących nauczyć się tworzyć dzieła tak bardzo wciągające, jak czynił to on. Lista książek autorstwa Verne'a prezentuje się dumnie w porównaniu z innymi znakomitymi autorami z czasów, w których żył, bowiem niewielu mogło poszczycić się tak bogatym biogramem. Być może to ślepy traf sprawił, że zyskując sposobność do przeczytania jednej z powieści tego pisarza, trafiłam na Pięćset milionów hinduskiej księżniczki, lub cokolwiek innego. Jednego jestem pewna; bardzo cieszę się, że postanowiłam sięgnąć po to dzieło, chociaż muszę przyznać, że wcześniej nie byłam wierną wielbicielką akcji osnutej wokół wątków przygodowych, lecz ta książka przełamała żywione przeze mnie stereotypy i sprawiła, że z następnym razem już z chęcią będę zagłębiała się w lekturze tego typu powieści.

     Pomimo że chciałabym przejść od razu do meritum, postanowiłam omówić stronę graficzną książki, bo ta z całą pewnością na to zasługuje. Już nie bacząc na twardą oprawę, dzięki której mogłam nosić ze sobą tom w rozmaite miejsca, nie przejmując się, że coś mu się stanie, oraz nie wchodząc w szczegóły odnośnie dobrej jakości czcionki, muszę zagaić odnośnie licznych rysunków zamieszczonych we wnętrzu wydania. Wcześniejsza powieść tego pisarza, którą miałam okazję przeczytać, nie posiadała podobnych ilustracji i choć nie stanowią one o wartości dzieła literackiego, to o wiele milej się czyta, mogąc raz po raz zaglądać na przeciwną stronę i porównywać wytwory swojej wyobraźni z tymi, które zaprezentował grafik, chociaż te niekiedy były diametralnie odmienne. Obok możecie zobaczyć jeden ze szkiców w wykonaniu Léon'a Benett'a.


     Skoro nadmieniłam już o tym, to mogę z czystym sumieniem przejść do wydarzeń przedstawionych w Pięciuset milionach hinduskiej księżniczki. Pewnego człowieka nauki, doktora Sarrasin'a, zupełnie niespodziewanie odwiedza człowiek insynuujący, że jest on spadkobiercą niebagatelnej sumy pieniędzy. Jak często bywa w takich przypadkach, za chwilę zlatują się sępy pragnące uszczuplić majątek doktora choć o grosz. Bywają również tacy, którzy, widząc w znajomości z kimś wartym tak wiele, postanawiając odnosić się do doktora z niekrytym szacunkiem, chociaż wcześniej zachowywali się w stosunku do niego co najmniej powściągliwie. Jeżeli mówimy już o tej pierwszej kategorii, to nie sposób nie przedstawić w tym momencie Herr Schlutzego, który również był pretendentem do majętności. Nic więc dziwnego, że postanowił rościć sobie prawa do spadku, skoro od lat darzył rasę łacińską nieskrywaną niechęcią, co rusz manifestując wyższość nad nią rasy germańskiej. Nie inaczej było w tym przypadku, ponieważ nie dość, że otrzymał pięćset milionów, to postanowił uzurpować sobie również zamysł Sarrasina, z tym że zamiast krainy szczęścia, jaką zamierzał wybudować doktor, utworzył wielką fabrykę, w której budowano przeróżną broń. Mając na względzie wcześniejsze uprzedzenia tego wzniosłego mężczyzny względem Francuzów nie sposób nie wywęszyć w tym podstępu, który postanowił pojąć młodzieniec wierny podziwianemu człowiekowi. Wyruszył zatem prosto w sidła wroga, aby poznać istotne informacje i przekazać je mentorowi. Tak w kilku słowach można streścić zawiązanie akcji. Nie chciałabym skracać wszystkich perypetii z tym związanych, gdyż niechybnie odebrałoby to wam chęć przystąpienia do lektury.


     Ostatnimi czasy sięgałam po powieści z kanonu, wielokrotnie rażące pełnym patosu językiem oraz sprawiające, że trzeba kilka razy pomyśleć nad pewnym zdaniem, aby całkowicie zagłębić jego istotę. Zatem gdy mimochodem spojrzałam na pierwszą stronę dzieła Verne'a poczułam rosnącą ulgę, a jednocześnie entuzjazm. Przystępując do lektury tylko jednego rozdziału (tak sobie wmawiałam na początku), nawet nie dostrzegłam, kiedy z dwunastej strony przeszłam na stronę siedemdziesiątą ósmą. Od dawna nie czytałam czegoś, w czym narracja byłaby tak swobodnie prowadzona niczym monolog do czytelnika, który ten ma chęć raz po raz powtarzać w myślach. Ponadto fascynująca fabuła, dobrze wykreowane postaci i talent, jaki bezdyskusyjnie posiada Juliusz Verne sprawiły, że nie potrafiłam oderwać się od powieści i nawet wówczas, kiedy musiałam zrobić coś innego, odkładałam to na chwilę późniejszą, by tylko przeczytać te kilka stron pozostałych do zakończenia rozdziału.


     Reasumując, doszłam do wniosku, że twórczość Juliusza Verne'a, a w szczególności Pięćset milionów hinduskiej księżniczki, są warte poznania. Autor potrafi operować językiem, nie rażąc potocznymi frazami, a jednocześnie opisując wszystkie wydarzenia przystępnie, a zarazem kunsztownie. Teraz wiem, że nie bez powodu od tak wielu lat książki napisane przez ów pisarza są tłumaczone na wiele języków, ale także znajdują odbiorców. Ich fenomen nie jest mi jeszcze do końca znany, ponieważ nie przeczytałam wystarczająco wielu dzieł twórcy, co postaram się zmienić w przeciągu najbliższych kilku lat. Mogę więc z niezmąconą pewnością oszacować, że absolutnie każdy powinien sięgnąć po coś autorstwa Verne'a. Nie wspominając o młodszych czytelnikach, który wielokrotnie lubują się w wartkiej akcji, starszych miłośników książek również powinna zaciekawić ta pozycja. Pozostaje mi tylko powiedzieć, że na pewno nie raz i nie dwa na moich półkach zagości nazwisko autora.


     Tak na marginesie (poza recenzją) dodam, że Pięćset milionów hinduskiej księżniczki doczekało się pierwszego polskiego przekładu w 1880, a wcześniejsze wydania nosiły następujące nazwy: Pięćset milionów hinduskiej władczyni i 500 milionów Begumy. W Polsce zaś popularyzowaniem twórczości Juliusza V. zajmuje się Polskie Towarzystwo Juliusza Verne'a, na którego stronę możecie przejść klikając tutaj.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Zielona Sowa, za co serdecznie dziękuję.