Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilga. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 kwietnia 2012

R. Gordon & B. Williams - Tunele



Autor: R. Gordon & B. Williams
Tytuł: Tunele
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 496


O serii Tunele, napisanej przez dwóch znajomych - Roderick'a Gordona i Briana Williams'a - słyszałam wielokrotnie. Bardziej lub mniej opinie przeplatały się w tak intensywnym stopniu, że w końcu sama postanowiłam sięgnąć po pierwszą część ów dzieła. O ile na samym początku odstraszył mnie napis na obwolucie: "Nowy bestseller (...) odkrywcy Harry'ego Pottera" - nie lubię, gdy często porównuje się książki do znanych wszyskim powieści, bo już na starcie mam wrażenie, że nowa pozycja nie zdoła dorównać poprzedniej - to później sprawa potoczyła się bardzo szybko.


Tunele znamieniują się na tyle wartką akcją, że od samego początku, przez środek książki, aż po jej zakończenie siedziałam jak na szpilkach. Nie wiem, co było tego przyczyną, ale zaczęłam utożsamiać się z głównym bohaterem - Willem, synem archeologa. Nigdy wcześniej nie czułam, że jestem w stanie przenieść się tak płynnie ze świata rzeczywistego do świata wyobraźni. Co więcej, książka została napisana w taki sposób, że czasem można było się zastanowić, czy naprawdę nie ma podziemnego świata, czy nie możemy przenieść się do innego miejsca, innej wręcz rzeczywistości, tylko za pośrednictwem tunelu?

Swoją przygodę rozpoczynamy wraz z Willem oraz jego ojcem, archeologiem, dokrotem Burrowsem. Od pierwszej strony toważyszą nam niesamowite emocje; nie dość, że kompani dotarli do podziemnej stacji, to jeszcze zaczynają sobie uświadamiać, że gdzieś dalej może istnieć coś więcej, coś przepełnione tajemniczymi mocami, coś, co pragnie wydostać się na powierzchnię. Od tego czasu nic w życiu wybitnego mężczyzny, jego dość apodyktycznej małżonki, a także rodzeństwa nie jest takie jak było wcześniej. Will schodzi do podziemi i od tamtej pory nic, w co wcześniej wierzył nie jest prawdą. Odkrywając świat, o jakim do tej pory nie miał pojęcia, pojmuje, że jest z nim związany bardziej niżby tego pragnął.

R. Gordon i B. Williams stworzyli tak przekonujące dzieło, że nie tylko młodzież, do której jest skierowana ta seria odnajdzie w niej coś dla siebie. Miałam okazję rozmawiać z dorosłą osobą, która z niemniejszym podekscytowaniem czekała na kolejne części przygód Willa i jego kompana. Z pewnością ten fakt doskonale świadczy, jak dobrą pozycją są Tunele.

Podsumowując, Tunele do reszty podbiły moje serce. Początkowo dość sceptycznie podchodziłam i do twórczości obu autorów, nie byłam bowiem pewna, czy pisarze będą w stanie dogadać się na tyle, aby seria nie była mieszaniną własnych wizji, często antagonistycznych, ale pokonałam swój lęk już po dwóch rozdziałach. Ta seria może przypaść do gustu i miłośnikom fantasy, i gustującym w powieściach młodzieżowych.

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.

sobota, 3 marca 2012

Rachel Ward - Numery. Przyszłość


Autor: Rachel Ward
Tytuł: Numery. Przyszłość
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 279



    Numery. Przyszłość, ostatnia część trylogii Rachel Ward, zdobywczyni przychylnej opinii wśród młodzieży, z pewnością zadziwi wielu czytelników. Sięgając po tę część prozy pani Ward spodziewałam się, że zupełnie jak w drugiej, miejsce starych bohaterów zajmą zupełnie nowi. Tak się nie stało - w Przyszłości mamy do czynienia z postaciami dobrze nam znanymi z kontynuacji, tj. z Mią, Sarą oraz Adamem. Przyznam, że było to dosyć miłym zaskoczeniem, bo przypadli mi oni do gustu już jakiś czas temu.

        To, co rzuciło mi się w oczy już po przeczytaniu pierwszego zdania, to dojrzałość bohaterów. Być może nie wszyscy to zauważą na pierwszy rzut oka, lecz i Adam, i Sara zdołali odnaleźć w swoim życiu, mimo że narażonym nadal na rozmaite niebezpieczeństwa, złoty środek. Stają się dla siebie oparciem, choć raz czy dwa przyszło mi obserwować rodzące się między nimi niesnaski.

       Nie przypuszczałam, że mniej wartka akcja niż w pozostałych częściach, jeszcze bardziej przypadnie mi do gustu. Przez pewien czas miałam złudne poczucie, że już kiedyś czytałam coś podobnego. Musiało to być jednak tylko przywidzenie, bo zazwyczaj nie sięgam po tego typu lektury, co dostarcza kolejnych dowodów na to, w jaki sposób Numery oddziałują na czytelnika - wprost nie sposób się od nich oderwać. I o ile przez pierwsze dwadzieścia stron wertowałam opieszale, to później doszłam do tego samego etapu, co w poprzednich odsłonach trylogii, innymi słowy tak dalece zainteresowałam się akcją, że nie zwróciłam uwagi na bieg wskazówek zegara.

      W Numerach. Przyszłości możemy obserować dalsze życie Adama. Przyszłość jednak nie maluje się w tak optymistycznych barwach, jakbyśmy chcieli. Chłopak ledwie stracił babcię (nastąpiło to w poprzednim tomie) i poznał nową, tajemniczą moc (umiejętność zmiany daty śmierci przez Mię, co było wytłuszczone w minionej części), a już musi się zmierzyć z nowymi przeciwnościami losu. Teraz jest inaczej, bowiem ma przy sobie bliską duszę, ale czy to sprawia, że przestał odczuwać strach? Tego możecie się dowiedzieć dopiero po przeczytaniu powieści, bo nie chcę odbierać wam radości, jaka zapewne będzie wam towarzyszyła przy odkrywaniu kolejnych struktur okalających główny wątek.

     Pisarka ma na tyle lekkie pióro, że jej książki przypadną do gustu czytelnikom szukającym lekkiej, ożywczej lektury na wieczór, jak i młodzieży, która pośród stronic pragnie poznać świat, o jakim im się nie śniło. Któż choć raz nie wyobrażał sobie, jak będzie w przyszłości? Otóż, wszystkim chyba przeszło to przez myśl. Jeśli więc chcecie poznać wizję świata w 2029 roku, to sięgnijcie po dzieło Rachel Ward. Mnie osobiście jedno nie przypadło do gustu - niewielka ilość opisów, ale skoro tę pozycję ustawimy na półce dla młodzieży, to jestem w stanie zrozumieć tak niewielką ilość motywów statycznych. Lecz skoro wzięłam do rąk opowieść o losach Adama po to, by się zrelaksować po dniu pełnym nauki, to nie mam już na co zwrócić negatywnej uwagi. Nie pozostaje wam zatem nic innego, jak samemu dobyć książki i przekonać się, czy moje wrażenia są podobne do waszych. Któż wie, czy po skończonej trylogii nie usiądziecie i nie zapytacie siebie: Cóż, może tak faktycznie będzie wyglądała przyszłość...?

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.

piątek, 6 stycznia 2012

- Andersen, Grimm - - Skarbiec pełen baśni

Autor: - różni autorzy, m.in. Andersen, Grimm -
Tytuł: Skarbiec pełen baśni
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 186



      Do sięgnięcia po Skarbiec pełen baśni skłoniła mnie niedawna rozmowa, dzięki której przypomniałam sobie baśnie, niegdyś skłaniające do refleksji, przyprawiające o palpitacje serca oraz niekontrolowaną chęć znalezienia się w świecie wykreowanym przez autorów. Do moich ulubionych baśniopisarzy należy H. Ch. Andersen, którego Królowa śniegu mimo wielu lat ciągle za mną podąża. W tym zbiorze utworów także trafiłam na jedno z jego dzieł - Nowe szaty cesarza. Po raz kolejny doznałam wrażenia, że nie trzeba wielkich, górnolotnych słów, aby wyrazić życiowe prawdy. Niekiedy zamyka je się w biednej formie, aby tym mocniej cieszyć się z ich odkrycia.

     Na wstępie, chciałam zaznaczyć, jak solidne jest to wydanie baśni. Niekiedy, a wręcz bardzo często, okładki książek, a nawet same stronice, drą się podczas częstego użytkowania. Jak wiadomo, dzieci niezmiernie często sięgają po ulubione historie, zatem jest to dodatkowy atut Skarbca (...) baśni. Materiałowa zakładka, przymocowana do wydania z pewnością pomoże odnaleźć stronę, na której skończyliśmy czytać.

     Patrząc na okładkę, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie powiedzieć, jaka jest piękna. Ze swojej strony, pamiętam stare wydanie opowieści rosyjskich, które czytywano mi, gdy byłam dzieckiem. Zapewne dlatego, że darzę je sentymentem, nie mogłam się przekonać do grafiki baśni. Owszem, ryciny są niezmiernie piękne, lecz w moim sercu nadal tkwi wspomnienie wydrukowanych kopii odręcznych szkiców, które przekalkowywałam na inne kartki. Mimo wszystko młodym czytelnikom zapewne przypadnie do gustu sposób, w jaki zostały zilustrowane poszczególne historie, bo trzeba przyznać, że z tej strony zostało to znakomicie zrobione. Po prostu nie potrafię przyzwyczaić się do czegoś innego, kiedy pamięć wypełniają mi wspomnienia.

     W zbiorze baśni mamy przyjemność zaznajomić się z takimi kultowymi dziełami jak: Śpiąca królewna, Kopciuszek czy Brzydkie kaczątko. Wszystkie opowieści działają sugestywnie na wyobraźnię dzieci, sprawiając, że rozwija się ich empatia. Przyznam, że niegdyś zapatrywałam się w Kopciuszka, marząc, że będę taka jak ona. Czy nie jest to idealny przykład, dzięki któremu można wyrazić ponadczasowość dzieł? Wszak starsze pokolenia wychowały się również na takich dziełach, toteż z pewnością zechcą odświeżyć sobie pamięć przy powyższej książce skupiającej baśnie.

     Na samym końcu książki są zamieszczone krótkie informacje odnośnie genezy utworów przedstawionych w zbiorze. Dzięki temu dowiedziałam się wielu frapujących rzeczy, m.in. tego, że Żabi książę był znany również na Sri Lankę, że Andersen uważał Brzydkie kaczątko za swą autobiografię,  że dzisiejsza Śpiąca królewna została przerobiona, a jej zakończenie stanowiła wojna, podczas której królewna zostaje sama z matką królewicza, każe przyrządzić na wieczerzę wnuki, na co kucharz czyni to, łgając jednakże, bowiem oddał samą dziczyznę, nie zaś dzieci, jak zwykle bywa - królewicz zjawia się w odpowiednim momencie, by uratować rodzinę. Z pewnością poszukam kiedyś tej wersji - kto nie chciałby poznać tak odmiennej historii od tej, jaką znamy, w dodatku pełną nieoczekiwanych zwrotów akcji.

     Reasumując, gdybym miała wybrać odpowiednią książkę dla chrześniaka, sięgnęłabym po Skarbiec pełen baśni. Jestem pewna, że dzieci docenią przekazywane w utworach treści, a także zapamiętają morały weń przekazane na wiele lat. Ilustracje działające na podświadomość, pomogą im przenieść się do świata, pełnego zagadek, magii, a nawet mściwości - jak niechęć macochy do biednej sieroty, pogardliwie nazywanej Kopciuszkiem. Starsi czytelnicy także znajdą okazję do tego, by przypomnieć sobie to, co jeszcze kilka/kilkadziesiąt lat temu sprawiało, iż w ich oczach lśniły łzy wzruszenia bądź radości. Proste w przekazie, alegoryczne opowieści będą stanowiły idealne źródło dla przyszłych pożeraczy książek, zainteresują ich literaturą, a może sprawią, że poczują zew przygody i postanowią kiedyś odbyć podobne wędrówki, jak Jaś i Małgosia opuszczeni pośrodku lasu, czy brzydkie kaczątko pośród pięknych ptaków, bezustannie napiętnowane. Jednym słowem: zbiór baśni gorąco polecam!


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.

sobota, 24 grudnia 2011

Emily Diamand - Okup drapieżców

Autor: Emily Diamand
Tytuł: Okup drapieżców
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 452

     Po Okup drapieżców sięgnęłam całkowicie bezwolnie. W jednej chwili trzymałam w dłoni kubek z poranną herbatą, a w drugiej melancholijnie przewracałam strony powieści. To trzeci raz w ciągu ostatnich tygodni, kiedy doszczętnie poświęciłam się lekturze. Muszę przyznać, że przy prozie Emily Diamand potrafiłam odpocząć od codziennego zgiełku i choć na chwilę przenieść się do innego świata - tak odmiennego w codziennej szarości.

     Akcja Okupu drapieżców rozgrywa się na kilku płaszczyznach; jedną z nich jest wioska, z której wywodzi się główna bohaterka; drugą Londyn; zaś trzecią kwatera tytułowych drapieżców. Preludium powieści staje się moment, kiedy babcia Lily zostaje zabita, a mieszkańcy niewielkiej mieściny są wzięci za zdrajców. Większość z nich wyprawia się na bitwę. Nie czynią tego jednak z własnej woli, lecz są przymuszeni przez pewnego mężczyznę, albowiem w tym samym czasie ginie córka możnego człowieka, Alexandra. Po kilku niesprzyjających wydarzeniach, Lily postanawia udać się prosto w ramiona wroga, wioząc ze sobą tytułowy okup drapieżców. Czytelnik w tym czasie może brać udział w niespodziewanych zwrotach akcji, śledzić wydarzenia coraz bardziej złaknionymi oczyma, aby dojść do momentu kulminacyjnego, który być może będzie zgodny z jego początkowymi koncepcjami.

     Przez dzieło E. Diamand wzrok wręcz przepływa przez słowa. Jest to książka z gatunku tych, których lektura nam nie ciąży, możemy skupić się na wydarzeniach całkowicie, nie bacząc na trudne sformułowania bądź zdania wielokrotnie złożone. Z pewnością to przypadnie do gustu osobom, oczekującym od powieści chwili na oddech oraz zapomnienia codziennych trudów. Również tym starszym czytelnikom Okup drapieżców może przypaść do gustu. Głównie stanie się to za sprawą wydarzeń umiejscowionych w przyszłości. Któż z nas nie chciałby dowiedzieć się, jak będzie wyglądał świat w 2216 roku, nawet jeżeli są to jedynie przypuszczenia.

     - Kocie - mówię - jesteś genialny! Nie zrobiłbyś tego lepiej, nawet gdybyśmy wszystko dokładnie zaplanowali! *

     W owej opowieści szczególnie mi się podobało, że autorka nie stara się na siłę zaaferować czytelnika dziejami Lily. Odniosłam wrażenie wprost przeciwne - według mnie napisała Okup drapieżców tylko dla siebie, a przez to styl jej wypowiedzi zyskał tę lekkość, jakiej nie posiadają inni pisarze, zwłaszcza ci starający się, ażeby ich dzieło zostało zapamiętane po wsze czasy. Zazwyczaj nie czytam często podobnych powieści, ale muszę powiedzieć z czystym sumieniem, iż książka autorstwa E. Diamand nie sprawiła mi zawodu. Nieopisanie się ubawiłam, przemieszczając się wraz z Lilo przez świat tak odmienny, a zarazem taki sam - wartości przecież nie uległy aż tak wielkiej zmianie - jak nasz.

     - Podróżowanie z tobą jest fascynujące, nawet jeśli często dość ekstremalne - stwierdza głowa. *

     Podsumowując, Okup drapieżców, polecam młodszym czytelnikom, bo ta lektura pomoże im wysnuć pewne morały zeń płynące, ukaże, że komputery nie są jedynym źródłem radości, a mogą być nawet uważane za złowróżbne przedmioty, jakie niezwłocznie należy zniszczyć. Starsza młodzież także powinna odnaleźć w powieści coś dla siebie. W moim umyśle ta powieść pozostawiła po sobie miłe wspomnienia, które mam nadzieję, że kiedyś raz jeszcze odświeżę.


* wszystkie cytaty pochodzą z powieści pt. Okup drapieżców E. Diamand


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.
 
 
     PS. Pragnę złożyć wszystkim najserdeczniejsze życzenia. Osobom, które obchodzą święta B.N. dzisiejszego wieczoru życzę suto zastawionych stołów, mile spędzonego czasu w gronie najbliższych oraz prezentów, chociaż te nie są najważniejsze. Z kolei czytelnikom bloga, który zasiądą przy wigilijnych stołach 6 stycznia składam te same życzenia, aczykolwiek już na następny rok. :)

niedziela, 4 grudnia 2011

Gemma Malley - Deklaracja

Autor: Gemma Malley
Tytuł: Deklaracja
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 384

     Ostatniej soboty, zupełnie bez zastanowienia sięgnęłam po Deklarację. Ostatnimi czasy w zasięgu moich rąk były tylko ciężkie lektury, toteż po zmęczeniu zarówno nauką, jak i czytaniem trudnych powieści, bez entuzjazmu sięgnęłam po tę książkę. Początkowo nieco mozolnie wertowałam strony, lecz po chwili wciągnęłam się w całą historię. Sama nie wiem kiedy przebrnęłam przez pierwsze pięćdziesiąt stron, potem kolejne i kolejne. Skończyło się na tym, że sobotni ranek, który miałam przeznaczyć na naukę biogramów artystów, przeznaczyłam dziełu Gemmy Malley. Jestem pewna, iż nie był to stracony czas, bo nie dość, że Deklaracja pomogła mi się odstresować, to pokazała świat takim, jakim nigdy nie chcielibyśmy go zobaczyć. Ostatnimi czasy nader często widzę na półkach w księgarniach oraz bibliotekach podobne antyutopijne historię, chociaż przyznam, że pierwszy raz zdarzyło mi się przeczytać jakąś w tak szybkim tempie. Bynajmniej nie była to zasługa tego, iż autorka nie ma niczego do powiedzenia, bo jest zupełnie inaczej. Widać, że posiada swoją wizję i przedstawiła ją w miarę przystępny sposób.

Akcja wyżej wymienionej książki rozgrywa się w Wielkiej Brytanii, blisko sto lat po naszych czasach. Został wynaleziony pewien lek, który jak się zdaje potrafi zatrzymać starzenie się ciała. Jednakże, jak przeczytałam w pewnym momencie (cytatu niestety zapewne nie znajdę) grawitacja nadal działa, zatem skóra musi być podtrzymywana przez odpowiednią bieliznę - trochę nie w temacie, ale teraz przypomniała mi się ta scena. W związku z niestarzeniem się społeczeństwa świat został podzielony na dwie grupy ludzi: legalnych oraz nadmiarów. Tak się składa, że Anna, bohaterka opowieści, należy do tej drugiej grupy. Mieszka wraz z innymi niechcianymi bądź odebranymi rodzicom dziećmi w zakładzie prowadzonym przez Panią Sharpe - bezwzględną kobietę, która w rzeczywistości skrywa głęboki żal. 

     Nadmiar Anna - jak mówi sama o sobie - ma piętnaście lat. Przybyła do Grange Hall jakiś czas temu i zdążyła już sobie przysposobić sympatię tutejszej kierowniczki - takie przynajmniej odniosłam wrażenie, sądząc po pochwalnych notatkach zapisywanych w dzienniku przez dziewczynę - co okazało się omyłką, o czym ku wielkiemu rozczarowaniu przekonała się w pewnym momencie Anna. Bądź co bądź, miała możliwość przekonać się o domniemanej przychylności dyrektorki (że tak pozwolę sobie ją nazwać), gdy ta powierzyła jej rolę prefekta. Od tego czasu pierwszoplanowa postać jest przekonana, że jej rolą jest zostać "przydatnym" Nadmiarem. Co zatem oznacza słowo przydatność w języku bohaterki? Jest to nie mniej, nie więcej jak niewolnicza praca, którą miałaby sprawować w domu prawowitych ludzi. 

     Wszystko toczy się monotonnym rytmem wyznaczanym przez kolejno następujące po sobie obowiązki do czasu, kiedy do ośrodka przybywa Peter - nieznośny chłopak, nie wiedzieć czemu nazywający Annę po nazwisku (Covey), co jest wystarczającym powodem do niepokoju, bowiem tacy jak ona nie posiadają ani drugiego imienia, ani tym bardziej miany rodowej. Oznajmia również, iż wie, kim są rodzice pani prefekt, czego ona sama nie przyjmuje do wiadomości - zarzeka się, że ich nienawidzi. Od tej pory bohaterowie podejmują wiele znaczących decyzji, aby doprowadzić akcję do ostatecznego - epitafium.

     Finisz powieści, szczerze powiedziawszy, nieco mnie zbił z tropu. W pewnym stopniu moje początkowe przypuszczenia się ziściły, aczykolwiek było dla mnie sporym zakończeniem to, co rozegrało się na ostatnich dwudziestu stronach. Przyznam, że autorce udało się stworzyć powieść nie tylko potrafiącą zaciekawić czytelnika niemalże od pierwszej strony, ale również sprawiła, iż zakończenie stało się swego rodzaju czymś wyjątkowym - nie każdy pisarz zdobyłby się na tak drastyczne rozwiązanie, co nie umniejsza tego, że niezmiernie mi się podobało i ostatecznie to ono warunkowało na końcową ocenę Deklaracji.

     Nie rozpisując się przesadnie, bo nie w tym rzecz, aby zaledwie parę osób przeczytało pobieżnie recenzję, pragnę rzec, że mi ta powieść się spodobała. Stanowiła miłą odskocznię po ciężkim tygodniu i przypomniała mi, dlaczego tak naprawdę lubię czytać książki - dlatego, że dorywają stopy od ziemi, sprawiając, iż przeżywam to, czego nie mogłabym przeżyć realnie. Zatem, przeczytajcie dzieło Gemmy Malley, bo zapewniam, że jest tego warte. Przyznaję, że mimo iż na początku nie byłam nastawiona do tej książki entuzjastycznie, to zrobiła na mnie niebywałe wrażenie oraz sprawiła, że jeszcze nie raz i nie dwa sięgnę po tak odprężającą lekturę.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.


     PS. To chyba pierwsza od dłuższego czasu recenzja, którą napisałam w zasadzie bez pośpiechu, jak gdybym czyniła to dla samej siebie, a nie dla was.  W dodatku pisało mi się tak lekko, jakbym robiła to jedynie w myślach, a nie na papierze (cóż, wirtualnym) - lubię to uczucie. :)

piątek, 7 października 2011

Rachel Ward - Numery 2 Chaos

Autor: Rachel Ward
Tytuł: Numery 2 Chaos
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 440

     Kolejna powieść pisarki, a zarazem kontynuacja Numerów, o których pisałam wcześniej, wywarła na mnie o wiele lepsze wrażenie niż jej poprzedniczka. W pierwszej bowiem mogłam liczyć na wartką akcję mieszającą się z momentami żmudnymi, przez które nieco ciężko było mi podążać. Tutaj natomiast mam wrażenie, że Rachel Ward nie tylko polepszyła swój warsztat pisarski, ale również wykreowała postacie nieco bardziej zarysowane niż uprzednio. 

     Zaczynając jednak od początku; kolejny raz na okładce dominuje wieloznaczne słowo - Numery. Adam, syn Jem, którą mogliśmy poznać w poprzedniej części, zupełnie jak matka posiada dar widzenia numerów, będących jednocześnie datami powiązanymi z kresem życia poszczególnych ludzi. Z tym, że w tym przypadku nie jest on podobny do matki, gdyż ta wcześniej wyposażyła go w odpowiednią wiedzę, w jaki sposób należy poradzić sobie z tym przekleństwem. Gdy wraz z ekscentryczną babką przybywa do Londynu, widzi wokół ten jeden ciąg cyfr - 112027. Przeczuwa zatem, iż ma to pewne powiązanie z końcem świata, o którym można coraz więcej przeczytać w internecie. W dodatku dziewczyna, spotkana w szkole, Sara, również jest świadoma ciążącego nad miastem nieodzownego przekleństwa, które objawia się w snach pełnych przerażających szczegółów.
"Dręczy mnie mnóstwo wątpliwości. Martwię się, że ganiam po Londynie nie tam, gdzie trzeba, że wszystko się będzie działo gdzie indziej, w jakimś miejscu, o którym nie wiem. Ale staram się odpędzić od siebie te myśli. Postanowiłem, co robić - i muszę się tego trzymać."

     Język, jakim operuje autorka jest prosty, doskonale dostosowany do wieku czytelników, który przeznaczone są Numery 2 Chaos. Nie ma tu co prawda nader wielu opisów pełnych patosu oraz szczegółów, lecz z łatwością przyszło mi przestrzenne wykreowanie świata, w jakim przyszło bytować głównym bohaterom. Dodatkowo fakt, że akcja rozgrywa się w Londynie dopomógł mi w odpowiedni sposób umiejscowić niektóre miejsca w odpowiedniej przestrzeni. O ile w poprzedniej książce p. Ward było pełno przekleństw, niekiedy odbierających dalszą chęć do czytania, to ta powieść jest niemalże z nich wyzbyta. Owszem, zdarzają się i to nawet często w porównaniu z innymi pozycjami, ale nie są tak nagminne, o czym nadmieniłam w poprzednim zdaniu.

     Tym razem pisarka pokusiła się o przedstawienie wydarzeń z punku widzenia dwóch osób - Adama i Sary. Moim zdaniem ten zabieg nie był konieczny, lecz po skończeniu dzieła Rachel Ward nie potrafiłam sobie wyobrazić, że można było przedstawić dzieje w 2027 roku w inny sposób. Punkt widzenia Sary znacznie różni się od tego, pod jakim patrzy na świat młodzieniec, ale dzięki temu potrafiłam poznać poszczególne wydarzenia z diametralnie innej perspektywy. Bardzo mi się podobało to, że nie skupiono się głównie na samym problemie przedstawionym w powieści, a również na wątkach pobocznych. Przyznam śmiało, że niektóre śledziłam z zapartym tchem.
"Nienawidzę numerów. Chcę je zmienić. Chcę je wymazać. A jeśli mi się nie uda, zginę, próbując to zrobić."
     Podsumowując, Numery 2 Chaos, polecam młodzieży, jak i również tym nieco starszym czytelnikom. Niektórym będzie doskwierał brak rozwiązłych opisów, ale da się to przeboleć tylko po to, by zanurzyć się w świecie przedstawionym, a także porwać się w wir wydarzeń, toczących się zatrważająco prędko. Ci, nadal wahający się po przeczytaniu pierwszej części, muszą wyzbyć się obaw, ponieważ ta książka jest o niebo lepsza od poprzedniczki, a przy tym potrafi wciągnąć jak mało która, pomimo wad. Ale która książka ich nie ma? Wszak nie sposób dogodzić każdemu.

* cytaty pochodzą z Numerów 2 Chaos Rachel Ward

     Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.


sobota, 17 września 2011

Rachel Ward - Numery

Autor: Rachel Ward
Tytuł: Numery
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 370

     Śmierć. Właściwie to wiele osób ją sobie wyobraża, widzimy tabolidy informujące o coraz to mniejszym odsetku osób umierających, wielu nowych szczepionkach, a mimo to ponura świadomość, że kiedyś nasze życie dobiegnie kresu nieustępliwie za nami podąża. Czy chciałbyś wiedzieć, kiedy zginiesz? Jem, główna bohaterka Numerów, wie. W jej głowie znikąd pojawiają się numery informujące o śmierci osób, którym spojrzy w oczy. Niektórzy uważaliby to za dar, za możność panowania nad początkiem i końcem, ale tak nie jest. Prawda jest diametralnie inna, bowiem dziewczyna nigdy się nie myli. I jak tu obserwować bliskie osoby, gdy wiesz, że niedługo umrą? W dodatku ucieczka z Londynu, w którym wybucha London Eye, a postać powieści jest jedną z osób, które wydostały się przed katastrofą, co budzi podejrzenia władz. Tak pokrótce prezentuje się niełatwe życie sieroty, córki narkomanki, młodej kobiety z góry skazanej na parszywy los - przynajmniej według nauczyciela.

     Gdy młoda dziewczyna spotyka na swej drodze Pająka - z pozoru osobę, na którą nie zwróciłaby większej uwagi, chyba że z powodu ponadprzeciętnego wzrostu, zostaje uwikłana w dochodzenie, którego podejrzaną zdaje się być ona sama. Z pozoru mało znaczące wydarzenia zmuszają dwójkę przyjaciół do ucieczki z Londynu do miejsca, zapamiętanego przez Pająka jako opokę, w której będą mogli zaznać czegoś na kształt raju. Jak sam chłopak określił, sączyliby napój, spoglądając na wybrzeże. Nawet wiedząc, kiedy młodzieniec umrze, Jem postanawia zataić przed nim prawdę. Moim zdaniem przedstawia tym niebywały heroizm, który, pomimo iż wychowywała się w niezbyt przyjaznej dzielnicy, jest tym bardziej zaskakujący.
- (...) gdybym ci powiedziała, toby ci odbiło. To nie jest w porządku i już.
- A jeżeli komuś zostało mało czasu? Gdyby wiedział, miałby szansę zrobić to, o czym zawsze marzył... (...)
- Tak, ale to byłoby jak życie w celi śmierci, nie? Każdego dnia jeden krok bliżej. Człowieku, mowy nie ma. Nikt nie powinien tak żyć.
     Sposób, w jaki autorka opisuje poszczególne wydarzenia jest zrozumiały dla każdego. Jednakże w znacznej mierze dominuje w nim słownictwo młodzieżowe, co mi osobiście, nie przypadło zbytnio do gustu. To, co jeszcze mnie skonfundowało, to częste przekleństwa wygłaszane przez bohaterów. Rozumiem, że pisarka chciała w ten sposób podkreślić ekspresję wypowiedzi, ale mimo to nie przypadło mi to do gustu. Zaś co do wykreowania postaci, to muszę przyznać, że w tym wypadku bardzo mi się spodobało, iż powieściopisarka nie stara się na siłę zrobić z głównych bohaterów albo nieustraszonych herosów, albo zagubionych dzieci bezgranicznie liczących na pomoc innych. Wiadomo, że Jem oraz Pająk są nastolatkami, toteż zapewne ich zachowania odbiegają od tego, jak zachowaliby się dorośli w porównaniu z tak wielkim zagrożeniem. I mimo ów poczucia kroczących za nimi cieni, próbowali uciec oraz podołać ciążącemu nad nimi poczuciu klęski pomieszanej z przerażeniem.

     Podczas podróży postacie spotykają wiele osób, wiele z nich nastawionych jest przychylnie. Właśnie na to zwróciłam uwagę, ponieważ w życiu nie zawsze zdarzają się ludzie prawi i dobroduszni. Wielu z nich jest bezwzględnymi kłamcami, gotowymi rzucić się na kogoś tylko i wyłącznie z powodu obietnicy sławy, jaka mogła czekać po złapaniu tak poszukiwanych osób. Aczykolwiek i tu nie doznałam wrażenia znużenia, bowiem koniec końców doczekałam się tego, na czym tak mi zależało.

     Przechodząc do strony graficznej książki, muszę dodać, że niezmiernie podobało mi się to wydanie. Wiele razy wydawcy starają się dodać na okładkę jak najwięcej elementów, co niweczy poczucie zagadki będące głównym bodźcem skłaniającym czytelnika do sięgnięcia po daną pozycję. Natomiast w Numerach jest zupełnie inaczej, bowiem biała obwoluta z pozoru nie jest zdobna, lecz przyglądając jej się z pewnej odległości niechybnie dojrzymy numery ją zdobiące. Zupełnie niczym u Jem, z pozoru ukryte w głębi duszy, ostatecznie uwidaczniają się w rzeczywistości poprzez słowa. Co do tekstu, nie jestem w stanie nic mu zarzucić. Wiele razy zdarzało się, iż czytałam coś, co miało masę błędów interpunkcyjnych i literówek, skutecznie odwracających uwagę od akcji, a w ostateczności niepozwalających dokończyć lektury. W Numerach nie znalazłam niczego, do czego byłabym skłonna postulować. Wszystkie litery były dodrukowane (nie zatarte), a i miały odpowiedni rozmiar, co stanowiło miłą odmianę po małej czcionce, jaką często spotykam w starszych dziełach, a mimo to nie potrafię się od nich odwrócić.
Kamienie zawierały fakty: data urodzenia, data śmierci. Numery były w porządku - to słowa niepokoiły: Zasnął. Spoczął w Panu. (...) Odszedł do lepszego świata. (...) Czy to pobożne życzenie, wiara czy przekonania...? Gdybym ja projektowała nagrobek, wytarłabym trzy ostatnie słowa. Zostawiłaby tylko: Odszedł. To było pewne. Czy ktokolwiek na sto procent wie coś więcej...?
     Raeasumując, polecam Numery autorstwa Rachel Ward, osobom raczej w młodszym wieku. Niektórym może przeszkadzać podejście Jem, która jest narratorką tekstu, do pewnych spraw. Wnioskując po niektórych przemyśleniach, jest ona dojrzała jak na swój wiek, a mimo to nie przysposobiła sobie mojej sympatii. O wiele bardziej utożsamiałam się z ekscentryczną babcią Pająka. Jeśli jednak nie jesteś całkowicie pewien, czy przeczytać tę powieść, to zrób to. Lepiej samemu przekonać się, czy jest dla ciebie, niźli coś stracić. Ja za chwilę zacznę drugą część, która podobno jest nieco lepsza od pierwszej. Z tego też powodu z chęcią przystąpię do lektury, będąc świadomą, że to dopiero preludium tego, na co mogę liczyć w późniejszych tomach.

* cytaty pochodzą z Numerów Rachel Ward

     Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.

!!! Myślę o zrobieniu konkursu, tylko nie wiem, jakie powieści lubicie. Zatem na północnym wschodzie bloga znajduje się ankieta. Mam nadzieję, że klikniecie, dzięki czemu będę mogła choć w niewielkim stopniu dopasować do was nagrodę. !!!