Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 kwietnia 2012

R. Gordon & B. Williams - Tunele



Autor: R. Gordon & B. Williams
Tytuł: Tunele
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 496


O serii Tunele, napisanej przez dwóch znajomych - Roderick'a Gordona i Briana Williams'a - słyszałam wielokrotnie. Bardziej lub mniej opinie przeplatały się w tak intensywnym stopniu, że w końcu sama postanowiłam sięgnąć po pierwszą część ów dzieła. O ile na samym początku odstraszył mnie napis na obwolucie: "Nowy bestseller (...) odkrywcy Harry'ego Pottera" - nie lubię, gdy często porównuje się książki do znanych wszyskim powieści, bo już na starcie mam wrażenie, że nowa pozycja nie zdoła dorównać poprzedniej - to później sprawa potoczyła się bardzo szybko.


Tunele znamieniują się na tyle wartką akcją, że od samego początku, przez środek książki, aż po jej zakończenie siedziałam jak na szpilkach. Nie wiem, co było tego przyczyną, ale zaczęłam utożsamiać się z głównym bohaterem - Willem, synem archeologa. Nigdy wcześniej nie czułam, że jestem w stanie przenieść się tak płynnie ze świata rzeczywistego do świata wyobraźni. Co więcej, książka została napisana w taki sposób, że czasem można było się zastanowić, czy naprawdę nie ma podziemnego świata, czy nie możemy przenieść się do innego miejsca, innej wręcz rzeczywistości, tylko za pośrednictwem tunelu?

Swoją przygodę rozpoczynamy wraz z Willem oraz jego ojcem, archeologiem, dokrotem Burrowsem. Od pierwszej strony toważyszą nam niesamowite emocje; nie dość, że kompani dotarli do podziemnej stacji, to jeszcze zaczynają sobie uświadamiać, że gdzieś dalej może istnieć coś więcej, coś przepełnione tajemniczymi mocami, coś, co pragnie wydostać się na powierzchnię. Od tego czasu nic w życiu wybitnego mężczyzny, jego dość apodyktycznej małżonki, a także rodzeństwa nie jest takie jak było wcześniej. Will schodzi do podziemi i od tamtej pory nic, w co wcześniej wierzył nie jest prawdą. Odkrywając świat, o jakim do tej pory nie miał pojęcia, pojmuje, że jest z nim związany bardziej niżby tego pragnął.

R. Gordon i B. Williams stworzyli tak przekonujące dzieło, że nie tylko młodzież, do której jest skierowana ta seria odnajdzie w niej coś dla siebie. Miałam okazję rozmawiać z dorosłą osobą, która z niemniejszym podekscytowaniem czekała na kolejne części przygód Willa i jego kompana. Z pewnością ten fakt doskonale świadczy, jak dobrą pozycją są Tunele.

Podsumowując, Tunele do reszty podbiły moje serce. Początkowo dość sceptycznie podchodziłam i do twórczości obu autorów, nie byłam bowiem pewna, czy pisarze będą w stanie dogadać się na tyle, aby seria nie była mieszaniną własnych wizji, często antagonistycznych, ale pokonałam swój lęk już po dwóch rozdziałach. Ta seria może przypaść do gustu i miłośnikom fantasy, i gustującym w powieściach młodzieżowych.

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.

wtorek, 20 marca 2012

Gregor Dallas - Zatruty pokój



Autor: Gregor Dallas
Tytuł: Zatruty pokój
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ilość stron: 760





       Zatruty pokój Gregora Dallasa należy do powieści historycznych. Niezmiernie cenię sobie ten gatunek nie tylko za rzeczowość, ukazanie w odpowiednich barwach minionych wydarzeń, lecz także z walorów czysto egoistycznych. Uwielbiam zagrzebywać dzieje historyczne i przechowywać je w pamięci niczym ukochany skarb. Dlatego też z rosnącym entuzjazmem sięgnęłam po dzieło Gregora Dallasa. Sam autor we wstępie przyznaje, ze stworzenie tak obszernej rozprawy zajęło mu aż cztery lata. Wiem, iż nie jest to rekord w pisaniu traktatów historycznych, ale już sam ten fakt doskonale przemawia za tym, z jak wielkim zaabsorbowaniem Gregor Dallas podchodził do przedstawienia czytelnikom (bardziej zainteresowanym lub mniej) lat, które dla każdego z nas pozostaną piętnem smutku, a zarazem zwycięstwa. 

       Podobało mi się, że autor Zatrutego pokoju nie koncentrował się tylko i wyłącznie na wydarzeniach w jednym kraju. Akcja bowiem rozgrywa się w kilku miejscach; m.in. Polsce, Niemczech, Francji. Uważam, że dzięki temu w lepszy sposób potrafiłam sobie uprzytomnić, jak bardzo różniła się II Wojna Światowa w poszczególnych miejscach na globie, a jednocześnie jak podobne nadzieje żywili ludzie. Coż mogło zaprzątać ich umysły? Chęć podjęcia walki? Kapitulacji? Czy może pragnienie spokojnej śmierci, zdala od trudów wojennych? Miłym dodatkiem, pozwalającym na wyobrażenie sobie w większym stopniu, jak prezentowało się życie w tamtych czasach były zdjęcia. Jedno z nich - ukazujące ludzi oczekujących na ziemniaki wydawane w 1945 w Berlinie - zadziwiająco mnie wzruszyło. Pokazane twarze ludzi z nadwątloną nadzieją i radością stały mi się bliskie, jakbym co dzień dostrzegała kobiety maszerujące po pożywienie, z tym, że teraz poszukujemy innych aspektów życia - czy duchowych? - osądźcie sami.

      Wertując strony opasłego tomu pt. Zatruty pokój nie mogłam nie zauważyć, że autor wręcz uwielbia historię. To zainteresowanie dziejami świata wręcz emanuje z każdego słowa i sprawia, że czytelnik ma ochotę wraz z nim zanurzyć się w opowieść o minionych latach, o przyczynach i skutkach, które mimo iż znane, pozwalają się odkrywać raz po raz w nowym świetle. 

      Za dodatkowy atut powieści śmiem uważać wyczerpujący wywód G. Dallasa. Książka nie pozostawia czytelnika z milionem pytań, lecz wyjaśnia je cierpilie. Dzieje się to zupełnie jakby autor miał świadomość, o co może pytać postronna osoba, i wydedukował, o czym należałoby jeszcze wspomnieć.

      Reasumując, mnie osobiście bardzo sposobał się Zatruty pokój. Nie bez przyczyny sięgnęłam właśnie po tę a nie inną lekturę. Wiele osób jest z historią na bakier, lecz czy nie warto przełamać się choć raz i wziąć w dłonie pozycję zdaje się obowiązkową? O II WŚ wiemy przecież najwięcej, a jeśli tylko mamy możliwość poszerzania wiedzy i to w dość przystępnej formie, powinniśmy korzystać z tego, co zostawiła nam historia i ludzie, którym chce się rozwiązywać raz po raz jej zagadki. Jednym słowem: gorąco polecam tę pozycję!

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Bukowy Las, za co serdecznie dziękuję.

sobota, 5 listopada 2011

Juliusz Verne - Pięćset milionów hinduskiej księżniczki

Autor: Juliusz Verne
Tytuł: Pięćset milionów hinduskiej księżniczki
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 205

     Juliusza Verne nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Z pewnością wielu z was zetknęło się już z jego powieściami czy to mimochodem o nich słysząc, czy czytając z premedytacją. Pomimo że powieściopiszarz odszedł na łono Abrahama ponad sto lat temu, to historie przezeń przedstawiane są czytywane do dziś i mogą służyć za wzór dla wielu osób, pragnących nauczyć się tworzyć dzieła tak bardzo wciągające, jak czynił to on. Lista książek autorstwa Verne'a prezentuje się dumnie w porównaniu z innymi znakomitymi autorami z czasów, w których żył, bowiem niewielu mogło poszczycić się tak bogatym biogramem. Być może to ślepy traf sprawił, że zyskując sposobność do przeczytania jednej z powieści tego pisarza, trafiłam na Pięćset milionów hinduskiej księżniczki, lub cokolwiek innego. Jednego jestem pewna; bardzo cieszę się, że postanowiłam sięgnąć po to dzieło, chociaż muszę przyznać, że wcześniej nie byłam wierną wielbicielką akcji osnutej wokół wątków przygodowych, lecz ta książka przełamała żywione przeze mnie stereotypy i sprawiła, że z następnym razem już z chęcią będę zagłębiała się w lekturze tego typu powieści.

     Pomimo że chciałabym przejść od razu do meritum, postanowiłam omówić stronę graficzną książki, bo ta z całą pewnością na to zasługuje. Już nie bacząc na twardą oprawę, dzięki której mogłam nosić ze sobą tom w rozmaite miejsca, nie przejmując się, że coś mu się stanie, oraz nie wchodząc w szczegóły odnośnie dobrej jakości czcionki, muszę zagaić odnośnie licznych rysunków zamieszczonych we wnętrzu wydania. Wcześniejsza powieść tego pisarza, którą miałam okazję przeczytać, nie posiadała podobnych ilustracji i choć nie stanowią one o wartości dzieła literackiego, to o wiele milej się czyta, mogąc raz po raz zaglądać na przeciwną stronę i porównywać wytwory swojej wyobraźni z tymi, które zaprezentował grafik, chociaż te niekiedy były diametralnie odmienne. Obok możecie zobaczyć jeden ze szkiców w wykonaniu Léon'a Benett'a.


     Skoro nadmieniłam już o tym, to mogę z czystym sumieniem przejść do wydarzeń przedstawionych w Pięciuset milionach hinduskiej księżniczki. Pewnego człowieka nauki, doktora Sarrasin'a, zupełnie niespodziewanie odwiedza człowiek insynuujący, że jest on spadkobiercą niebagatelnej sumy pieniędzy. Jak często bywa w takich przypadkach, za chwilę zlatują się sępy pragnące uszczuplić majątek doktora choć o grosz. Bywają również tacy, którzy, widząc w znajomości z kimś wartym tak wiele, postanawiając odnosić się do doktora z niekrytym szacunkiem, chociaż wcześniej zachowywali się w stosunku do niego co najmniej powściągliwie. Jeżeli mówimy już o tej pierwszej kategorii, to nie sposób nie przedstawić w tym momencie Herr Schlutzego, który również był pretendentem do majętności. Nic więc dziwnego, że postanowił rościć sobie prawa do spadku, skoro od lat darzył rasę łacińską nieskrywaną niechęcią, co rusz manifestując wyższość nad nią rasy germańskiej. Nie inaczej było w tym przypadku, ponieważ nie dość, że otrzymał pięćset milionów, to postanowił uzurpować sobie również zamysł Sarrasina, z tym że zamiast krainy szczęścia, jaką zamierzał wybudować doktor, utworzył wielką fabrykę, w której budowano przeróżną broń. Mając na względzie wcześniejsze uprzedzenia tego wzniosłego mężczyzny względem Francuzów nie sposób nie wywęszyć w tym podstępu, który postanowił pojąć młodzieniec wierny podziwianemu człowiekowi. Wyruszył zatem prosto w sidła wroga, aby poznać istotne informacje i przekazać je mentorowi. Tak w kilku słowach można streścić zawiązanie akcji. Nie chciałabym skracać wszystkich perypetii z tym związanych, gdyż niechybnie odebrałoby to wam chęć przystąpienia do lektury.


     Ostatnimi czasy sięgałam po powieści z kanonu, wielokrotnie rażące pełnym patosu językiem oraz sprawiające, że trzeba kilka razy pomyśleć nad pewnym zdaniem, aby całkowicie zagłębić jego istotę. Zatem gdy mimochodem spojrzałam na pierwszą stronę dzieła Verne'a poczułam rosnącą ulgę, a jednocześnie entuzjazm. Przystępując do lektury tylko jednego rozdziału (tak sobie wmawiałam na początku), nawet nie dostrzegłam, kiedy z dwunastej strony przeszłam na stronę siedemdziesiątą ósmą. Od dawna nie czytałam czegoś, w czym narracja byłaby tak swobodnie prowadzona niczym monolog do czytelnika, który ten ma chęć raz po raz powtarzać w myślach. Ponadto fascynująca fabuła, dobrze wykreowane postaci i talent, jaki bezdyskusyjnie posiada Juliusz Verne sprawiły, że nie potrafiłam oderwać się od powieści i nawet wówczas, kiedy musiałam zrobić coś innego, odkładałam to na chwilę późniejszą, by tylko przeczytać te kilka stron pozostałych do zakończenia rozdziału.


     Reasumując, doszłam do wniosku, że twórczość Juliusza Verne'a, a w szczególności Pięćset milionów hinduskiej księżniczki, są warte poznania. Autor potrafi operować językiem, nie rażąc potocznymi frazami, a jednocześnie opisując wszystkie wydarzenia przystępnie, a zarazem kunsztownie. Teraz wiem, że nie bez powodu od tak wielu lat książki napisane przez ów pisarza są tłumaczone na wiele języków, ale także znajdują odbiorców. Ich fenomen nie jest mi jeszcze do końca znany, ponieważ nie przeczytałam wystarczająco wielu dzieł twórcy, co postaram się zmienić w przeciągu najbliższych kilku lat. Mogę więc z niezmąconą pewnością oszacować, że absolutnie każdy powinien sięgnąć po coś autorstwa Verne'a. Nie wspominając o młodszych czytelnikach, który wielokrotnie lubują się w wartkiej akcji, starszych miłośników książek również powinna zaciekawić ta pozycja. Pozostaje mi tylko powiedzieć, że na pewno nie raz i nie dwa na moich półkach zagości nazwisko autora.


     Tak na marginesie (poza recenzją) dodam, że Pięćset milionów hinduskiej księżniczki doczekało się pierwszego polskiego przekładu w 1880, a wcześniejsze wydania nosiły następujące nazwy: Pięćset milionów hinduskiej władczyni i 500 milionów Begumy. W Polsce zaś popularyzowaniem twórczości Juliusza V. zajmuje się Polskie Towarzystwo Juliusza Verne'a, na którego stronę możecie przejść klikając tutaj.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Zielona Sowa, za co serdecznie dziękuję.

piątek, 7 października 2011

Rachel Ward - Numery 2 Chaos

Autor: Rachel Ward
Tytuł: Numery 2 Chaos
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 440

     Kolejna powieść pisarki, a zarazem kontynuacja Numerów, o których pisałam wcześniej, wywarła na mnie o wiele lepsze wrażenie niż jej poprzedniczka. W pierwszej bowiem mogłam liczyć na wartką akcję mieszającą się z momentami żmudnymi, przez które nieco ciężko było mi podążać. Tutaj natomiast mam wrażenie, że Rachel Ward nie tylko polepszyła swój warsztat pisarski, ale również wykreowała postacie nieco bardziej zarysowane niż uprzednio. 

     Zaczynając jednak od początku; kolejny raz na okładce dominuje wieloznaczne słowo - Numery. Adam, syn Jem, którą mogliśmy poznać w poprzedniej części, zupełnie jak matka posiada dar widzenia numerów, będących jednocześnie datami powiązanymi z kresem życia poszczególnych ludzi. Z tym, że w tym przypadku nie jest on podobny do matki, gdyż ta wcześniej wyposażyła go w odpowiednią wiedzę, w jaki sposób należy poradzić sobie z tym przekleństwem. Gdy wraz z ekscentryczną babką przybywa do Londynu, widzi wokół ten jeden ciąg cyfr - 112027. Przeczuwa zatem, iż ma to pewne powiązanie z końcem świata, o którym można coraz więcej przeczytać w internecie. W dodatku dziewczyna, spotkana w szkole, Sara, również jest świadoma ciążącego nad miastem nieodzownego przekleństwa, które objawia się w snach pełnych przerażających szczegółów.
"Dręczy mnie mnóstwo wątpliwości. Martwię się, że ganiam po Londynie nie tam, gdzie trzeba, że wszystko się będzie działo gdzie indziej, w jakimś miejscu, o którym nie wiem. Ale staram się odpędzić od siebie te myśli. Postanowiłem, co robić - i muszę się tego trzymać."

     Język, jakim operuje autorka jest prosty, doskonale dostosowany do wieku czytelników, który przeznaczone są Numery 2 Chaos. Nie ma tu co prawda nader wielu opisów pełnych patosu oraz szczegółów, lecz z łatwością przyszło mi przestrzenne wykreowanie świata, w jakim przyszło bytować głównym bohaterom. Dodatkowo fakt, że akcja rozgrywa się w Londynie dopomógł mi w odpowiedni sposób umiejscowić niektóre miejsca w odpowiedniej przestrzeni. O ile w poprzedniej książce p. Ward było pełno przekleństw, niekiedy odbierających dalszą chęć do czytania, to ta powieść jest niemalże z nich wyzbyta. Owszem, zdarzają się i to nawet często w porównaniu z innymi pozycjami, ale nie są tak nagminne, o czym nadmieniłam w poprzednim zdaniu.

     Tym razem pisarka pokusiła się o przedstawienie wydarzeń z punku widzenia dwóch osób - Adama i Sary. Moim zdaniem ten zabieg nie był konieczny, lecz po skończeniu dzieła Rachel Ward nie potrafiłam sobie wyobrazić, że można było przedstawić dzieje w 2027 roku w inny sposób. Punkt widzenia Sary znacznie różni się od tego, pod jakim patrzy na świat młodzieniec, ale dzięki temu potrafiłam poznać poszczególne wydarzenia z diametralnie innej perspektywy. Bardzo mi się podobało to, że nie skupiono się głównie na samym problemie przedstawionym w powieści, a również na wątkach pobocznych. Przyznam śmiało, że niektóre śledziłam z zapartym tchem.
"Nienawidzę numerów. Chcę je zmienić. Chcę je wymazać. A jeśli mi się nie uda, zginę, próbując to zrobić."
     Podsumowując, Numery 2 Chaos, polecam młodzieży, jak i również tym nieco starszym czytelnikom. Niektórym będzie doskwierał brak rozwiązłych opisów, ale da się to przeboleć tylko po to, by zanurzyć się w świecie przedstawionym, a także porwać się w wir wydarzeń, toczących się zatrważająco prędko. Ci, nadal wahający się po przeczytaniu pierwszej części, muszą wyzbyć się obaw, ponieważ ta książka jest o niebo lepsza od poprzedniczki, a przy tym potrafi wciągnąć jak mało która, pomimo wad. Ale która książka ich nie ma? Wszak nie sposób dogodzić każdemu.

* cytaty pochodzą z Numerów 2 Chaos Rachel Ward

     Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.


sobota, 17 września 2011

Rachel Ward - Numery

Autor: Rachel Ward
Tytuł: Numery
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 370

     Śmierć. Właściwie to wiele osób ją sobie wyobraża, widzimy tabolidy informujące o coraz to mniejszym odsetku osób umierających, wielu nowych szczepionkach, a mimo to ponura świadomość, że kiedyś nasze życie dobiegnie kresu nieustępliwie za nami podąża. Czy chciałbyś wiedzieć, kiedy zginiesz? Jem, główna bohaterka Numerów, wie. W jej głowie znikąd pojawiają się numery informujące o śmierci osób, którym spojrzy w oczy. Niektórzy uważaliby to za dar, za możność panowania nad początkiem i końcem, ale tak nie jest. Prawda jest diametralnie inna, bowiem dziewczyna nigdy się nie myli. I jak tu obserwować bliskie osoby, gdy wiesz, że niedługo umrą? W dodatku ucieczka z Londynu, w którym wybucha London Eye, a postać powieści jest jedną z osób, które wydostały się przed katastrofą, co budzi podejrzenia władz. Tak pokrótce prezentuje się niełatwe życie sieroty, córki narkomanki, młodej kobiety z góry skazanej na parszywy los - przynajmniej według nauczyciela.

     Gdy młoda dziewczyna spotyka na swej drodze Pająka - z pozoru osobę, na którą nie zwróciłaby większej uwagi, chyba że z powodu ponadprzeciętnego wzrostu, zostaje uwikłana w dochodzenie, którego podejrzaną zdaje się być ona sama. Z pozoru mało znaczące wydarzenia zmuszają dwójkę przyjaciół do ucieczki z Londynu do miejsca, zapamiętanego przez Pająka jako opokę, w której będą mogli zaznać czegoś na kształt raju. Jak sam chłopak określił, sączyliby napój, spoglądając na wybrzeże. Nawet wiedząc, kiedy młodzieniec umrze, Jem postanawia zataić przed nim prawdę. Moim zdaniem przedstawia tym niebywały heroizm, który, pomimo iż wychowywała się w niezbyt przyjaznej dzielnicy, jest tym bardziej zaskakujący.
- (...) gdybym ci powiedziała, toby ci odbiło. To nie jest w porządku i już.
- A jeżeli komuś zostało mało czasu? Gdyby wiedział, miałby szansę zrobić to, o czym zawsze marzył... (...)
- Tak, ale to byłoby jak życie w celi śmierci, nie? Każdego dnia jeden krok bliżej. Człowieku, mowy nie ma. Nikt nie powinien tak żyć.
     Sposób, w jaki autorka opisuje poszczególne wydarzenia jest zrozumiały dla każdego. Jednakże w znacznej mierze dominuje w nim słownictwo młodzieżowe, co mi osobiście, nie przypadło zbytnio do gustu. To, co jeszcze mnie skonfundowało, to częste przekleństwa wygłaszane przez bohaterów. Rozumiem, że pisarka chciała w ten sposób podkreślić ekspresję wypowiedzi, ale mimo to nie przypadło mi to do gustu. Zaś co do wykreowania postaci, to muszę przyznać, że w tym wypadku bardzo mi się spodobało, iż powieściopisarka nie stara się na siłę zrobić z głównych bohaterów albo nieustraszonych herosów, albo zagubionych dzieci bezgranicznie liczących na pomoc innych. Wiadomo, że Jem oraz Pająk są nastolatkami, toteż zapewne ich zachowania odbiegają od tego, jak zachowaliby się dorośli w porównaniu z tak wielkim zagrożeniem. I mimo ów poczucia kroczących za nimi cieni, próbowali uciec oraz podołać ciążącemu nad nimi poczuciu klęski pomieszanej z przerażeniem.

     Podczas podróży postacie spotykają wiele osób, wiele z nich nastawionych jest przychylnie. Właśnie na to zwróciłam uwagę, ponieważ w życiu nie zawsze zdarzają się ludzie prawi i dobroduszni. Wielu z nich jest bezwzględnymi kłamcami, gotowymi rzucić się na kogoś tylko i wyłącznie z powodu obietnicy sławy, jaka mogła czekać po złapaniu tak poszukiwanych osób. Aczykolwiek i tu nie doznałam wrażenia znużenia, bowiem koniec końców doczekałam się tego, na czym tak mi zależało.

     Przechodząc do strony graficznej książki, muszę dodać, że niezmiernie podobało mi się to wydanie. Wiele razy wydawcy starają się dodać na okładkę jak najwięcej elementów, co niweczy poczucie zagadki będące głównym bodźcem skłaniającym czytelnika do sięgnięcia po daną pozycję. Natomiast w Numerach jest zupełnie inaczej, bowiem biała obwoluta z pozoru nie jest zdobna, lecz przyglądając jej się z pewnej odległości niechybnie dojrzymy numery ją zdobiące. Zupełnie niczym u Jem, z pozoru ukryte w głębi duszy, ostatecznie uwidaczniają się w rzeczywistości poprzez słowa. Co do tekstu, nie jestem w stanie nic mu zarzucić. Wiele razy zdarzało się, iż czytałam coś, co miało masę błędów interpunkcyjnych i literówek, skutecznie odwracających uwagę od akcji, a w ostateczności niepozwalających dokończyć lektury. W Numerach nie znalazłam niczego, do czego byłabym skłonna postulować. Wszystkie litery były dodrukowane (nie zatarte), a i miały odpowiedni rozmiar, co stanowiło miłą odmianę po małej czcionce, jaką często spotykam w starszych dziełach, a mimo to nie potrafię się od nich odwrócić.
Kamienie zawierały fakty: data urodzenia, data śmierci. Numery były w porządku - to słowa niepokoiły: Zasnął. Spoczął w Panu. (...) Odszedł do lepszego świata. (...) Czy to pobożne życzenie, wiara czy przekonania...? Gdybym ja projektowała nagrobek, wytarłabym trzy ostatnie słowa. Zostawiłaby tylko: Odszedł. To było pewne. Czy ktokolwiek na sto procent wie coś więcej...?
     Raeasumując, polecam Numery autorstwa Rachel Ward, osobom raczej w młodszym wieku. Niektórym może przeszkadzać podejście Jem, która jest narratorką tekstu, do pewnych spraw. Wnioskując po niektórych przemyśleniach, jest ona dojrzała jak na swój wiek, a mimo to nie przysposobiła sobie mojej sympatii. O wiele bardziej utożsamiałam się z ekscentryczną babcią Pająka. Jeśli jednak nie jesteś całkowicie pewien, czy przeczytać tę powieść, to zrób to. Lepiej samemu przekonać się, czy jest dla ciebie, niźli coś stracić. Ja za chwilę zacznę drugą część, która podobno jest nieco lepsza od pierwszej. Z tego też powodu z chęcią przystąpię do lektury, będąc świadomą, że to dopiero preludium tego, na co mogę liczyć w późniejszych tomach.

* cytaty pochodzą z Numerów Rachel Ward

     Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.

!!! Myślę o zrobieniu konkursu, tylko nie wiem, jakie powieści lubicie. Zatem na północnym wschodzie bloga znajduje się ankieta. Mam nadzieję, że klikniecie, dzięki czemu będę mogła choć w niewielkim stopniu dopasować do was nagrodę. !!!

sobota, 10 września 2011

Piotr Rowicki - Fatum



Autor: Piotr Rowicki
Tytuł: Fatum
Wydawnictwo: Oficynka
Ilość stron: 230

     Przyznam, że o samym autorze niewiele słyszałam. W zasadzie śmiało mogłabym rzec, że zupełnie go nie znałam przed przeczytaniem Fatum. Tak więc skoro jest to pierwsze spotkanie z twórczością autora, który zasłynął z pisania dla młodzieży, a w dodatku z Polakiem, a tych twórczość nieczęsto mam przyjemność czytać. Zapewne to wina tłumaczeń z coraz to większym szturmem zalewających półki wydawnicze, pod którymi to książkami się uginają, z chęcią przystąpiłam do lektury powieści autorstwa P. Rowickiego. Gdańsk, jakiego nie znacie -  te słowa skutecznie zachęciły mnie do sięgnięcia po tę pozycję. Nadzieja na wciągającą, w dodatku lekturę przedstawiającą czasy, które niezmiernie mnie intrygują, jawiła się wyraźniej z każdą wertowaną stroną.

     Fatum, to zbiór dziesięciu opowiadań kryminalnych, które mają jeden wspólny element - akcja każdego dzieje się w Gdańsku. Uwielbiam czytać o tym mieście, które podczas baroku spełniało niezwykle ważną funkcję, przez co wiele nacji zamieszkiwało ów tereny, a niestety nie miałam przyjemności na lekturę zarówno ciekawą w wykonaniu, jak i ogólnym zamyśle fabuły. Tutaj, przyznam, że zupełnie jak we wszystkich zbiorach opowiadań, zdarzały się teksty i lepsze, i gorsze. Aczykolwiek przeważają te pierwsze i to na nich zamierzam się skupić w mojej recenzji.

     Zbiór opowiadań napisany jest lekkim językiem, do którego każdy z łatwością się przekona. Nie oznacza to jednak, że powieść jest przez to mniej wartościowa, bo jest wprost przeciwnie. Może nie ma tu zbyt wielu słów o brzmieniu archaicznym, lecz teksty pokazują Gdańsk takim, jakim był. Bez zbędnego patosu, a groteską. Bohaterowie mają cechy, którymi po dziś dzień wielu ludzi się szczyci. Z łatwością utożsamiałam się z postacią Ketela, zastanawiając się, co też zrobiłabym, gdybym znalazła się w sytuacji takiej jak on. Nie przychodziło mi do głowy żadne rozwiązanie, a raczej były na tyle absurdalne, iż nie brałam ich na poważnie. Mimo to odnalazłam w tak odmiennej od początkowych przypuszczeń historii pewną dozę znajomości, jak gdyby dopiero po przeczytaniu opowiadania wszelkie fakty ułożyły się w spójną całość. Właśnie to najbardziej mnie uwiodło w opowiadaniach autorstwa Piotra Rowickiego - nieoczekiwane zakończenie. W zaledwie połowie, może nawet było to nieco mniej, tekstów domyśliłam się, czym się zakończą. Uważam to za dość duży sukces, bo niewielu pisarzy potrafi zaskakiwać czytelnika. Zwłaszcza, że swojego czasu byłam miłośniczką tego typu lektur, zatem koleje losów zwyrodnialców lub ofiar nie były mi obce.

     Reasumując, polecam Fatum każdemu, kto ma ochotę przeczytać o dobrze wykreowanym świecie, bo chociaż nie zdążycie wyrobić sobie ostatecznego osądu o postaciach, które prędko się zmieniają, to zanurzycie się w historiach, które mogły wydarzyć się naprawdę. Autor pokazuje, że dawne dzieje to nie tylko pięknie ubrane damy, których zapach nie był zbyt miły dla zmysłu powonienia, ale coś więcej. Coś, o czym musicie sami się przekonać. Zatem jeśli macie ochotę na tego typu literaturę, to sięgnijcie po tę powieść. Nie ważne, czy do waszych zainteresowań należy historia, czy po protu tego typu opowieści. Z pewnością dobrze wykorzystacie czas, zagłębiając się w lekturze Fatum.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Oficynka, za co serdecznie dziękuję.

!!! Myślę o zrobieniu konkursu, tylko nie wiem, jakie powieści lubicie. Zatem na północnym wschodzie bloga znajduje się ankieta. Mam nadzieję, że klikniecie, dzięki czemu będę mogła choć w niewielkim stopniu dopasować do was nagrodę. !!!

czwartek, 1 września 2011

Danuta Noszczyńska - Pod dwiema kosami

Autor: Danuta Noszczyńska
Tytuł: Pod dwiema kosami
Wydawnictwo: SOL
Ilość stron: 318

     Co przywodzi wam na myśl okładka? Mi sielankowe wakacje dumnego męża z przykładną żoną. Sęk w tym, że ani tytułowy Marian nie jest ideałem, ani jego żona, bo choć zawsze spełnia małżeńskie powinności najlepiej jak potrafi, to nigdy nie zdoła zadowolić małżonka.

     Pod dwiema kosami napisane jest językiem często niepoprawnym, ale za to jakże pasującym do Mariana - głównego bohatera, z którego perspektywy przedstawiane są poszczególne wydarzenia. Chociaż początkowo nie podobał mi się ten zabieg, z czasem się do niego przyzwyczaiłam, a nawet zrozumiałam, że jest tu niemalże konieczny. Gdyby nie on, powieść nie miałaby tego specyficznego klimatu, jakim emanuje. Zaś co do głównej postaci mam same obiekcje. Wprost nie sposób polubić wiecznie dyrygującym bliskimi mężczyzny, w dodatku znajdującego oraz pewnego, iż rzeczone czyny są słuszne. To uświadomiło mi, zresztą taki był zamysł autorki, że wśród nas również żyją tacy ludzie. Dzięki temu powieść nabrała zupełnie odmiennego charakteru, ponieważ miałam wówczas wrażenie, że czytam zapiski człowieka z krwi i kości, który bytował lub nadal żyje nieopodal nas.

     Danuta Noszczyńska zabiera nas w podróż pełną retrospekcji. Zawitamy w życie Mariana, uważanego za dobrego człowieka, pomocnego, kiedy wymaga tego sytuacja (np. chęć zdobycia żony) oraz immoralistę. Książka została naznaczona niebywałym humorem oraz ironią, której nie sposób wyczuć spomiędzy stron. Muszę przyznać, że początek nieco mi się dłużył. Być może wpływ na to miał fakt, iż nie jestem przyzwyczajona do tego typu literatury. Zazwyczaj sięgam po pozycje, w których autor używa patosu, bądź są fantastyką, a tam niemalże wszystko jest nieprawdopodobne. Tutaj natomiast znalazłam się zupełnie gdzieś indziej. Sięgam po książki, aby odwiedzić miejsca nie będące miejscami mojej codziennej tułaczki, a tu nie dość, iż stanęłam oko w oko z sąsiadem, to jeszcze akcja dzieje się w Polsce. Lubię czytać o ojczyźnie, ale w tej powieści przywodzi mi na myśl szary świat, chociaż nie wiem czemu. Czy miało na to wpływ zachowanie męża Apolonii? Czy zazdrość jaką darzył wszelkie dobrodziejstwa dotykające bliźnich? Natomiast zakończenie, a przynajmniej jego część niezmiernie mnie zaskoczyła. Nawet przez myśl mi nie przyszło, że pisarka szykuje dla czytelnika tak niespodziewany finał.

     Na uwagę zasługuje również wątek dotyczący sąsiadów oraz samego Mariana, który darzył tych ludzi niezmienną nienawiścią osnutą goryczą, że mają to, do czego on przez całe życie dążył. Te niesnaski, nie dość, iż poprowadzone żartobliwym tonem przez zainteresowanego, zostały rozwinięte w niemożliwie osobliwy sposób. Owszem, uważniejszy czytelnik dostrzegłby wcześniej, co mogło się wydarzyć potem, ale jako że traktowałam tę powieść jako lekką lekturę nie wymagającą zaangażowania, specjalnie ku temu się nie wysilałam. Chyba to właśnie dlatego tak bardzo skonfundowało, a zarazem zaintrygowało mnie to wszystko. Żywiłam nadzieję, iż zostanie napisane trochę więcej w tym kierunku, ale cóż, widocznie nie można mieć wszystkiego, bo książka zaraz się skończyła. Nawet tego nie zauważyłam. To tylko dowodzi, jak wciągającą pozycją jest Pod dwiema kosami.

     Od zapisków Mariana Żywotnego nie oczekujcie jednakże podniosłych idei, chociaż znajdzie się tam niejaki morał. Jest to raczej miła rozrywka na jeden wieczór. Nie zapadnie wam głęboko w pamięć, lecz pozwoli ukazać w całej krasie człowieka oraz jego wady.

     Reasumując, polecam Pod dwiema kosami autorstwa Danuty Noszczyńskiej osobom pragnącym chwili wytchnienia i zanurzenia się w świat zabarwiony drwiną jak i pogardą (ponieważ taki stosunek miałam do Mariana). Pozwoli wam zrozumieć mentalność niektórych ludzi, wejść do ich umysłów, a także może dać sposobność ku zrozumieniu i wybaczeniu ich błędów. Ktoś, kto oczekuje czegoś na miarę Dostojewskiego, nie odnajdzie się w prozie Noszczyńskiej, lecz nie należy odrzucać tej pozycji tylko z tego powodu. Warto dać jej szansę, nawet jeśli nie przepadacie za tego typu literaturą.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od portalu nakanapie.pl, za co serdecznie dziękuję.

środa, 31 sierpnia 2011

Radosław Sikora - Niezwykłe bitwy i szarże husarii

Autor: Radosław Sikora
Tytuł: Niezwykłe bitwy i szarże Husarii
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica
Ilość stron: 192

     O Hustarii chyba każdy z nas słyszał. Łopoczące na wietrze skrzydła, postrach jaki siali wśród wrogów oraz niebywała werwa, z jaką przystępowali do kolejnych bitew. Ja sama z wielką chęcią słucham opowieści o dawnych czasach, toteż sięgnęłam po powieść R. Sikory, wierząc, iż będzie idealnie oddawać klimat, jak i wydarzenia w tamtych czasach.

     Po pierwsze, na uwagę zasługuje niewątpliwie przyciągająca wzrok okładka. Widzimy na niej zbrojnego jeźdźca z biało-czerwoną flagą. Utrzymana jest w wyglądzie starej fotografii, która przywodzi na myśl dawne, niekiedy urokliwe wspomnienia. Tak i jest teraz, bowiem nie jedna wygrana walka przysporzyła Polsce powody do dumy. Podoba mi się, że grafik nie silił się na gloryfikowanie postaci, ukazując je w pełnej patosu walce. Ta obwoluta jest wieloznaczna, a zarazem pobudzająca wyobraźnię.

     Co do samej treści, to nie mogę się wiele wypowiedzieć. W książkach o tematyce innej niż historyczna wywlekałabym defekty, bądź też zalety, tu nie mogę. Wiadomo, że to, co było zostało już ustalone, więc dopowiedzieć również nie potrafię zbyt wiele. Wypowiem się za to o przystępnym stylu autora. Nie dość, że poszczególne bitwy są zobrazowane w sposób trafiający do najbardziej odpornego czytelnika, to jeszcze mamy wrażenie, jakbyśmy uczestniczyli w wydarzeniach przedstawionych w powieści. Nie mówię, iż jest to tak jak w innego typu literaturze, ale w dużej mierze z łatwością przyszło mi odnalezienie się w pełnym chwały nastroju następującym po zwycięstwie. Być może sprawił to tylko i wyłącznie fakt, że we wszystkim staram się dopatrzyć się pierwiastka nierealności oraz zachwytu.

     Podróżowanie przez koleje losów Husarii ułatwiają czytelnikowi zamieszczone w środku ryciny. Wielu z nich nie miałam przyjemności wcześniej obejrzeć, toteż z niebywałym animuszem przystąpiłam do wertowania kolejnych stronic, podróżując między słowami a obrazami. Dodatkowo niezmiernie spodobały mi się mapki, które są wydrukowane na takich stronach, aby nie trzeba było przewracać zbyt wielu stron, by do nich dotrzeć. W zasadzie spokojnie śledziłam tekst, bez wysiłku zerkając przy tym na miejsca wydarzeń. Dowiedziałam się dzięki nim wielu istotnych faktów. Moja fantazja różniła się nieco od niezbitych dowodów na miejsce bitew, dlatego też tak cieszę się, że później odpowiednio umiejscowiłam miejsca wydarzeń.

     Reasumując, Niezwykłe bitwy i szarże Husarii, przypadną do gustu niemal każdemu czytelnikowi. Nie ważne czy jesteś pasjonatem historii, czy po prostu poszukujesz informacji do pracy szkolnej. Bez wątpienia tu odnajdziesz to wszystko, a nawet więcej. Zastrzegam jednakże, iż pisarz we wstępie dodał, że osoby, których wiedza w tym kierunku jest minimalna, przeczytały książkę Z dziejów Husarii.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wydawnictwa Instytutu Wyd. Erica, za co serdecznie dziękuję.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Andrew Peters - Kruczobór

Autor: Andrew Peters
Tytuł: Kruczobór
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ilość stron: 376

     Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy to przepiękna okładka, która w rzeczywistości jest jeszcze ładniejsza niż na zdjęciu. Kiedy na nią patrzę mam wrażenie, że wszystkie baśnie z zapartym tchem słuchane w dzieciństwie kryją się na niespełna czterystu stronicach. Jak można przejść obojętnie wobec tak urokliwych wspomnień? Z pewnością każdy chciałby je chociaż w pewnym stopniu odświeżyć. Właśnie to przywiodło mnie do Kruczoboru.
    Jako dziecko miałam nieziszczone marzenie o posiadaniu domków na drzewie. A co jeśli one mogły rzeczywiście istnieć? I w dodatku wypełniać potężne pnie, a ludzie na nich mieszkający mogli zakładać wielkie kolonie? W tej opowieści autor przenosi nas w piękny baśniowy świat, od którego nie sposób się oderwać. Mamy okazję przywołać lata z dzieciństwa i oderwać się od otaczającej nas rzeczywistości, dając się porwać wartkiej akcji i nieobliczalnym wydarzeniom.
      Peters, używając bogatego słownictwa, otwiera przed nami świat, w który niekiedy nie sposób wątpić. Jest on tak dogłębnie opisany, że warto zadać sobie pytanie: A może tak kiedyś będzie? Bowiem akcja osadzona jest w przyszłości, choć przedstawiona wizja znacznie odbiega od tych, które zostały zaprezentowane w innych książkach. Dzieło Adrew mogłabym przyrównać do Tuneli Gordona i Williams'a, lecz byłoby to sporym niedomówieniem, gdyż wszystkie pomysły autora były nieszablonowe i wcześniej nieznane. Ale jedno należy przyznać tym twórcom - stworzyli takie powieści, w które z chęcią zagłębiają się czytelnicy.
      Styl pisarza należy do tych, które z łatwością przychodzi nam czytać i nie sieją one zamętu w naszej głowie zbędnymi ozdobnikami. Zresztą wydawca z tyłu okładki napisał, iż powieść powieść została napisana znakomitym językiem, co idealnie znajduje odwzorowanie w treści. Czytelnik z chęcią sięga po tę pozycję, wiedząc, że wartka akcja połączona ze znakomitymi opisami są w tej książce jak najbardziej obecne.
      Główny bohater, Ark, od samego początku przysposobił sobie moją sympatię. Młodzieniec jest kanalarzem, co wydaje się dość niespodziewanym zawodem, zważywszy, że wiele autorów kreuje postaci na bohaterów i tworzy z nich ideały. Tutaj tak nie jest. Ark posiada wszystko to, co zwykły człowiek, może prócz paru szczegółów, lecz o tym przekonacie się, czytając Kruczobór. W każdym bądź razie, pewnego dnia podsłuchuje rozmowę radnego z pałającą chęcią zdobycia Arborium kobietą. Od tej pory, jego życie gwałtownie się zmienia. Współpracownik, o którym dotychczas nie mógł powiedzieć niczego prócz tego, że jako środek mediacji najczęściej wybiera bójkę, staje się dozgonnym przyjacielem i jedyną osobą, której w pełni ufa. Wraz z nim wyrusza w podróż, naznaczoną trudami, aby uratować krainę, którą wielbi ponad wszystko.
      Peters porywa nas w wir nieoczekiwanych wydarzeń, ofiarowując niezapomnianą przygodę. Nasze marzenia z dzieciństwa ziszczają się na stronicach powieści, lecz szybko możemy się przekonać, iż nic nie jest takie idealne. Utopijne mrzonki i knowania spiskowców są tu na porządku dziennym, ale to właśnie one oddają charakter świata zamieszkanego przez bohaterów.
      Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, czyli dokładnie tak, jak lubię. Dzięki temu poznanie wydarzeń z punktu widzenia kilku postaci jest możliwe. Bardzo podoba mi się ten zabieg autora, bo gdyby zastosował pierwszą osobę książka utraciłaby ten blask, którym się wyróżnia.
     Podsumowując, po Kruczobór może sięgnąć każdy, niezależnie od wieku czy też zainteresowań. Gwarantuję, iż z dziełem Andrew Petersa spędzicie kilka miłych chwil, dryfując na dotąd niezbadanych wodach. Autor zabierze was w pełną magii i niespodziewanych zwrotów akcji przygodę, nie szczędząc przy tym rozkosznych opisów, bowiem to one pozwalają idealnie wyobrazić sobie Arborium i tytułowy Kruczobór, nie szczędząc doskonale oddających klimat wydarzeń słów. Pocieszam się myślą, że jeszcze dwa razy będę mogła uciec do miejsc wykreowanych przez pisarza, gdyż w 2012 roku planowane jest wydanie Szklanego lasu - drugiej części trylogii.


                                             O autorze:
Od dziecka wspinał się na drzewa i z nimi rozmawiał. Autor przeszło 70 książek, w tym poetyckich, gawędziarz i performer występujący z tubą, urodził się w 1965 r. w. Niemczech w rodzinie o czeskich korzeniach, wychował się w Londynie, mieszka w zachodniej  Anglii z żoną pisarką i dwójką dzieci. O swojej najnowszej powieści, do której prawa nabyło już 16 państw, mówi: „Pisanie Kruczoboru było jak kierowanie samochodem rajdowym w wyścigu życia, zwłaszcza że nigdy wcześniej nie wymyślałem przygód na taką skalę. Zawsze miałem żywą wyobraźnię i lubiłem uciekać marzeniami do innych światów. W wypadku Kruczoboru stanąłem przed wyzwaniem napisania zabawnej, przygodowej, a jednocześnie zachęcającej do przemyśleń historii oraz stworzenia od zera całkowicie nowego świata”.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Bukowy Las.

piątek, 29 lipca 2011

Jesús Sánchez Adalid - Rycerz z Alcántry

Autor: Jesús Sánchez Adalid
Tytuł: Rycerz z Alcántry
Wydawnictwo: Belldona
Ilość stron: 480

      Rycerz z Alcantry jest kolejną odsłoną sagi autorstwa J.S. Adalid'a opowiadającej o mężnym rycerzu Luis'ie María Monroy'u, który przygotowuje się do złożenia ślubów na rycerza zakonu Alcantra. Zupełnie, jak w pozostałych tomach, autor obrazuje historię Luis'a na podłożu historycznym, co dodaje wiarygodności powieści.
      Już sama okładka skutecznie potrafi przyciągnąć czytelnika. Mężczyzna, na niej przedstawiony wydaje się być postacią tajemniczą, a statek jest jak gdyby synonimem podróży, jakie zmuszone jest przedsięwziąć główny bohater. Wraz z nim możemy udać się niezapomnianą podróż po ówczesnych czasach, które zostały tu przedstawione z należytą starannością. Aż trudno pomyśleć, iż sam Adalid nie żył wtedy,  gdy rozgrywały się wydarzenia przez niego przedstawione, bowiem opisuje je z taką lekkością i dokładnością, że możemy mieć wrażenie, iż naprawdę towarzyszymy tytułowemu rycerzowi.
       Duża czcionka, do której początkowo nie byłam przyzwyczajona, a która drażniła moje oczy, powoli stała się mniej wyrazistym elementem, gdy dałam się ponieść słowom. Jednak i tu nie było mi dane zaznać całkowitego relaksu z książką, gdyż co rusz rzucały się w oczy różnorakie błędy; począwszy od przecinków po brak niektórych liter i powtórzenia. Całe szczęście, iż było tak wyłącznie na samym początku, a może po prostu czytelnik po pewnym czasie przestaje zwracać na nie uwagę? Ważne było jednakże, iż mogłam zanurzyć się w świat tajnych misji, szpiegów i uczuć żywionych przez Manroy'a do kogoś, na kogo nie powinien był nawet spojrzeć. Mimo to, piękno i otwartość mieszkańców Stambułu pokazują głównej postaci, że nie wszystko jest takie, jakim mogło się wydawać, a ludzie dotychczas sądzeni po pozorach nie są zupełnie tacy, jakimi przedstawiają ich inni.
       Akcja początkowo rozwija się bardzo powoli, rzekłabym, że wręcz ślamazarnie. Mniej więcej w połowie książki dajemy całkowicie pochłonąć wydarzeniom, gdzie tajemnica jest nam zgoła wiadoma, chociaż z chęcią możemy obserwować poczynania bohaterów, ażeby całkowicie ją rozwikłać. Szkoda, iż drugoplanowym postaciom nie poświęcono wiele uwagi, bo z pewnością na nią zasługują. Wśród nich występują bowiem postacie niezmiernie barwne i potrafiące być dla rycerze nie lada kłopotem. Lecz autor konsekwentnie trzyma się historycznych faktów, co jest jednocześnie zaletą, jak również i wadą.
Manroy wraz z Juan'em Barelli stają się wykonawcami ważnej woli Króla, wysyłającego ich w tajną misję, na drodze której spotykają wielu ludzi, najczęściej przyjaźnie im nastawionych. Podłość, z jaką jeden z nich wykorzystał ufność tłumacza, może wzbudzać kontrowersje, chociaż była koniecznością. Wszystkie czyny, jakie wykonują mają doprowadzić ich do jednego - celu. Nie obchodzi ich, iż ranią uczucia nowo poznanych, a jeżeli już czują jakieś wyrzuty sumienia (głównie Luise, bo to z jego perspektywy prowadzona jest narracja) nie są one nazbyt wielkie. Mimo to, rycerzowi udaje się załagodzić wszelakie spory, a nawet odratować utraconą sympatię sługi potężnego rodu.
       Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, Manroy'a, niektórym przypadnie do gustu, a innym niekoniecznie. Ja sama wolałabym dowiedzieć się o wiele więcej o tym wszystkim, niźli z myśli głównego bohatera. Interesowały mnie poglądy Wielkiego Turka i innych, a nijak nie mogłam przeniknąć do ich głów i dostrzec rzeczywistości takiej, jaka była według nich. Pomimo tego, rycerz wielokrotnie miał dość trafne przypuszczenia. Jakieś potknięcie, chociaż było jedno, lecz o niewielkich konsekwencjach, z pewnością wzbogaciłoby akcję.
       Pomimo, że książka nosi miano historycznej, może znaleźć uznanie także i w oczach wielbicieli przygodowych powieści. Wiele z końcowych rozdziałów nosi znamiona dobrej opowieści, z którą ciężko przyszło mi się pożegnać. Nim akcja na dobre się rozpoczęła, nastąpił koniec Rycerza z Alcantry. Jednakże pocieszam się myślą, iż to nie ostatnie dzieło Adalid'a i jeszcze wiele razy będę mogła poznać zadziwiające perypetie Manroy'a, który mimo swych wad stał się dla mnie kimś bliskim. To właśnie należy przyznać autorowi; stworzył postać tak wyrazistą i posiadającą cechy wielu ludzi, że mogłaby żyć tuż obok nas.
       Podsumowując, początkowo trudno przyzwyczaić się do stylu pisarza i ogólnego zarysu dzieła, jednakże warto poczekać do chwili rozwinięcia się akcji, bo z pewnością się nie zawiedziecie. Nawet sami nie zauważycie, kiedy z lekko znudzonej pozycji półleżącej przeniesiecie się do pięknego Stambułu, spragnieni nowych wrażeń.

Darcy.

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od portalu nakanapie.pl, za co serdecznie dziękuję.

________________________________________________________________________________

Moją recenzję możecie znaleźć także na: http://nakanapie.pl/book/710646/review/6491/rycerz-z-alcantary.htm