Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/6. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 marca 2012

Rachel Ward - Numery. Przyszłość


Autor: Rachel Ward
Tytuł: Numery. Przyszłość
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 279



    Numery. Przyszłość, ostatnia część trylogii Rachel Ward, zdobywczyni przychylnej opinii wśród młodzieży, z pewnością zadziwi wielu czytelników. Sięgając po tę część prozy pani Ward spodziewałam się, że zupełnie jak w drugiej, miejsce starych bohaterów zajmą zupełnie nowi. Tak się nie stało - w Przyszłości mamy do czynienia z postaciami dobrze nam znanymi z kontynuacji, tj. z Mią, Sarą oraz Adamem. Przyznam, że było to dosyć miłym zaskoczeniem, bo przypadli mi oni do gustu już jakiś czas temu.

        To, co rzuciło mi się w oczy już po przeczytaniu pierwszego zdania, to dojrzałość bohaterów. Być może nie wszyscy to zauważą na pierwszy rzut oka, lecz i Adam, i Sara zdołali odnaleźć w swoim życiu, mimo że narażonym nadal na rozmaite niebezpieczeństwa, złoty środek. Stają się dla siebie oparciem, choć raz czy dwa przyszło mi obserwować rodzące się między nimi niesnaski.

       Nie przypuszczałam, że mniej wartka akcja niż w pozostałych częściach, jeszcze bardziej przypadnie mi do gustu. Przez pewien czas miałam złudne poczucie, że już kiedyś czytałam coś podobnego. Musiało to być jednak tylko przywidzenie, bo zazwyczaj nie sięgam po tego typu lektury, co dostarcza kolejnych dowodów na to, w jaki sposób Numery oddziałują na czytelnika - wprost nie sposób się od nich oderwać. I o ile przez pierwsze dwadzieścia stron wertowałam opieszale, to później doszłam do tego samego etapu, co w poprzednich odsłonach trylogii, innymi słowy tak dalece zainteresowałam się akcją, że nie zwróciłam uwagi na bieg wskazówek zegara.

      W Numerach. Przyszłości możemy obserować dalsze życie Adama. Przyszłość jednak nie maluje się w tak optymistycznych barwach, jakbyśmy chcieli. Chłopak ledwie stracił babcię (nastąpiło to w poprzednim tomie) i poznał nową, tajemniczą moc (umiejętność zmiany daty śmierci przez Mię, co było wytłuszczone w minionej części), a już musi się zmierzyć z nowymi przeciwnościami losu. Teraz jest inaczej, bowiem ma przy sobie bliską duszę, ale czy to sprawia, że przestał odczuwać strach? Tego możecie się dowiedzieć dopiero po przeczytaniu powieści, bo nie chcę odbierać wam radości, jaka zapewne będzie wam towarzyszyła przy odkrywaniu kolejnych struktur okalających główny wątek.

     Pisarka ma na tyle lekkie pióro, że jej książki przypadną do gustu czytelnikom szukającym lekkiej, ożywczej lektury na wieczór, jak i młodzieży, która pośród stronic pragnie poznać świat, o jakim im się nie śniło. Któż choć raz nie wyobrażał sobie, jak będzie w przyszłości? Otóż, wszystkim chyba przeszło to przez myśl. Jeśli więc chcecie poznać wizję świata w 2029 roku, to sięgnijcie po dzieło Rachel Ward. Mnie osobiście jedno nie przypadło do gustu - niewielka ilość opisów, ale skoro tę pozycję ustawimy na półce dla młodzieży, to jestem w stanie zrozumieć tak niewielką ilość motywów statycznych. Lecz skoro wzięłam do rąk opowieść o losach Adama po to, by się zrelaksować po dniu pełnym nauki, to nie mam już na co zwrócić negatywnej uwagi. Nie pozostaje wam zatem nic innego, jak samemu dobyć książki i przekonać się, czy moje wrażenia są podobne do waszych. Któż wie, czy po skończonej trylogii nie usiądziecie i nie zapytacie siebie: Cóż, może tak faktycznie będzie wyglądała przyszłość...?

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.

sobota, 24 grudnia 2011

Emily Diamand - Okup drapieżców

Autor: Emily Diamand
Tytuł: Okup drapieżców
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 452

     Po Okup drapieżców sięgnęłam całkowicie bezwolnie. W jednej chwili trzymałam w dłoni kubek z poranną herbatą, a w drugiej melancholijnie przewracałam strony powieści. To trzeci raz w ciągu ostatnich tygodni, kiedy doszczętnie poświęciłam się lekturze. Muszę przyznać, że przy prozie Emily Diamand potrafiłam odpocząć od codziennego zgiełku i choć na chwilę przenieść się do innego świata - tak odmiennego w codziennej szarości.

     Akcja Okupu drapieżców rozgrywa się na kilku płaszczyznach; jedną z nich jest wioska, z której wywodzi się główna bohaterka; drugą Londyn; zaś trzecią kwatera tytułowych drapieżców. Preludium powieści staje się moment, kiedy babcia Lily zostaje zabita, a mieszkańcy niewielkiej mieściny są wzięci za zdrajców. Większość z nich wyprawia się na bitwę. Nie czynią tego jednak z własnej woli, lecz są przymuszeni przez pewnego mężczyznę, albowiem w tym samym czasie ginie córka możnego człowieka, Alexandra. Po kilku niesprzyjających wydarzeniach, Lily postanawia udać się prosto w ramiona wroga, wioząc ze sobą tytułowy okup drapieżców. Czytelnik w tym czasie może brać udział w niespodziewanych zwrotach akcji, śledzić wydarzenia coraz bardziej złaknionymi oczyma, aby dojść do momentu kulminacyjnego, który być może będzie zgodny z jego początkowymi koncepcjami.

     Przez dzieło E. Diamand wzrok wręcz przepływa przez słowa. Jest to książka z gatunku tych, których lektura nam nie ciąży, możemy skupić się na wydarzeniach całkowicie, nie bacząc na trudne sformułowania bądź zdania wielokrotnie złożone. Z pewnością to przypadnie do gustu osobom, oczekującym od powieści chwili na oddech oraz zapomnienia codziennych trudów. Również tym starszym czytelnikom Okup drapieżców może przypaść do gustu. Głównie stanie się to za sprawą wydarzeń umiejscowionych w przyszłości. Któż z nas nie chciałby dowiedzieć się, jak będzie wyglądał świat w 2216 roku, nawet jeżeli są to jedynie przypuszczenia.

     - Kocie - mówię - jesteś genialny! Nie zrobiłbyś tego lepiej, nawet gdybyśmy wszystko dokładnie zaplanowali! *

     W owej opowieści szczególnie mi się podobało, że autorka nie stara się na siłę zaaferować czytelnika dziejami Lily. Odniosłam wrażenie wprost przeciwne - według mnie napisała Okup drapieżców tylko dla siebie, a przez to styl jej wypowiedzi zyskał tę lekkość, jakiej nie posiadają inni pisarze, zwłaszcza ci starający się, ażeby ich dzieło zostało zapamiętane po wsze czasy. Zazwyczaj nie czytam często podobnych powieści, ale muszę powiedzieć z czystym sumieniem, iż książka autorstwa E. Diamand nie sprawiła mi zawodu. Nieopisanie się ubawiłam, przemieszczając się wraz z Lilo przez świat tak odmienny, a zarazem taki sam - wartości przecież nie uległy aż tak wielkiej zmianie - jak nasz.

     - Podróżowanie z tobą jest fascynujące, nawet jeśli często dość ekstremalne - stwierdza głowa. *

     Podsumowując, Okup drapieżców, polecam młodszym czytelnikom, bo ta lektura pomoże im wysnuć pewne morały zeń płynące, ukaże, że komputery nie są jedynym źródłem radości, a mogą być nawet uważane za złowróżbne przedmioty, jakie niezwłocznie należy zniszczyć. Starsza młodzież także powinna odnaleźć w powieści coś dla siebie. W moim umyśle ta powieść pozostawiła po sobie miłe wspomnienia, które mam nadzieję, że kiedyś raz jeszcze odświeżę.


* wszystkie cytaty pochodzą z powieści pt. Okup drapieżców E. Diamand


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.
 
 
     PS. Pragnę złożyć wszystkim najserdeczniejsze życzenia. Osobom, które obchodzą święta B.N. dzisiejszego wieczoru życzę suto zastawionych stołów, mile spędzonego czasu w gronie najbliższych oraz prezentów, chociaż te nie są najważniejsze. Z kolei czytelnikom bloga, który zasiądą przy wigilijnych stołach 6 stycznia składam te same życzenia, aczykolwiek już na następny rok. :)

środa, 30 listopada 2011

Ewa Ostrowska - Kamuflaż

Autor: Ewa Ostrowska
Tytuł: Kamuflaż
Wydawnictwo: Oficynka
Ilość stron: 384

     W życiu każdego czytelnika co jakiś czas przychodzi znużenie tematem. W moim przypadku było tak z fantastyką, zatem z rosnącym entuzjazmem sięgnęłam po książkę Ewy Ostrowskiej pt. Kamuflaż. Trzymająca w napięciu akcja, nietuzinkowi bohaterowie i niebanalna zagadka - na te elementy liczyłam. W zasadzie to nie mogę rzec, że ich brakowało, bo tak nie było, ale nie wiedzieć czemu już na samym początku poczułam niejakie znużenie powieścią. Sama nie wiem, czy wpływ na to miał fakt, że akcja została umieszczona w oddalonym o wiele mil miasteczku, którego aury nijak nie mogłam poczuć, a może to moja skłonność do indagowania nad tym, co by było gdyby... Z tym, że w gatunku jakim są kryminały (ew. horrory, bo również tymi cechami może poszczycić się powieść autorstwa P. Ostrowskiej) mają rozbudowane rozwinięcie, lecz koniec musi być definitywny i nie ma co prowadzić zbędnych dywagacji.

     Na wstępie muszę przyznać, że niezmiernie spodobała mi się okładka Kamuflażu. Dodam, że po części to właśnie dzięki niej postanowiłam przeczytać dzieło pisarki. Niesamowicie sugestywny manekin na pierwszym planie podziałał na moją wyobraźnię, sprawiając, że już przed przeczytaniem książki miałam wyrobione o niej swoistego rodzaju zdanie. Nie było one zagruntowane, bo tak stało się dopiero po ukończeniu lektury. Jak już zaznaczyłam, obraz nie jest bez znaczenia, bowiem ma odzwierciedlenie w fabule powieści.

"(...) siedziała na brzegu piaskownicy, kołysząc w ramionach uśmiechającą się pokolorowanymi ustami nagą, łysą, różowawą głowę manekina."

     Na samym początku niejako ociężale przewracałam strony. Być może przez to, że nie przypadli mi do gustu bohaterowie i trudno przyszło mi się z nimi utożsamiać. Zachowanie Hellen, matki porwanego chłopczyka, wydawało mi się mocno przesadzone. Nie wiem, jakbym ja zareagowała, gdybym odkryła, że latorośl, którą kochałam nade wszystko, została uprowadzona. Być może to właśnie dlatego już na wstępie książki zaczęłam odczuwać znudzenie. Na całe szczęście zmieniło się ono po przeczytaniu kolejnych stron, kiedy wkraczają kolejne postacie, a poszukiwania złoczyńcy rozwijają się coraz bardziej.

     Z zaangażowaniem śledziłam poczynania Haiga i Petersa, chociaż dialogi między nimi wydawały się mało prawdopodobne. I potem kolejny raz radość odczuwania przy zawiązaniu akcji odeszła w niepamięć. A przyznam śmiało, że naprawdę chciałam odczuć klimat stworzony przez pisarkę, bo tego, że potrafi pisać nie można jej odmówić. Pomieszczenia były opisane na tyle niesamowicie, że potrafiłam je sobie idealnie wyobrazić. Co jednak sprawiło, że nie potrafiłam czerpać radości z czytania Kamuflażu? Nie wiem.

     Jednakże w pewnym momencie zaintrygowały mnie losy Jennifer. Kolejny raz, niczym na karuzeli, poczułam uniesienie i przemożną ochotę, aby poznać jej losy poza akcją książki. Ta niebywale dobrze wykreowana postać nie od razu przysposobiła sobie moją sympatię, lecz kiedy już się do niej przekonałam, to nie potrafiłam przestać o niej myśleć. I wiem, że nie jest to główny problem dzieła Ostrowskiej, aczykolwiek chciałam o tym napisać, dlatego że uważam, iż to zasługuje na uwagę.

     Patrząc od strony technicznej, na uwagę zasługuje to, że pisarka doprawdy potrafiła oddać smak śledztwa. Zdarzenia były ze sobą powiązane, toteż nie znalazłam między nimi żadnych nieścisłości. Pod tym względem powieść zyskała kolejną zaletę. 

     Przechodząc do meritum, polecam tę książkę każdemu, kto pragnie w swoim życiu pewnej odmiany. Mimo że mnie powieść nie porwała ani nie sprawiła, że oderwałam się od świata, mam świadomość, iż u wielu osób odnajdzie uznanie. Zatem nie pozostaje wam nic innego, jak sięgnąć po Kamuflaż i na własne oczy przekonać się, czy odnajdziecie się w tejże lekturze.



Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Oficynka, za co serdecznie dziękuję.
 
 

sobota, 10 września 2011

Piotr Rowicki - Fatum



Autor: Piotr Rowicki
Tytuł: Fatum
Wydawnictwo: Oficynka
Ilość stron: 230

     Przyznam, że o samym autorze niewiele słyszałam. W zasadzie śmiało mogłabym rzec, że zupełnie go nie znałam przed przeczytaniem Fatum. Tak więc skoro jest to pierwsze spotkanie z twórczością autora, który zasłynął z pisania dla młodzieży, a w dodatku z Polakiem, a tych twórczość nieczęsto mam przyjemność czytać. Zapewne to wina tłumaczeń z coraz to większym szturmem zalewających półki wydawnicze, pod którymi to książkami się uginają, z chęcią przystąpiłam do lektury powieści autorstwa P. Rowickiego. Gdańsk, jakiego nie znacie -  te słowa skutecznie zachęciły mnie do sięgnięcia po tę pozycję. Nadzieja na wciągającą, w dodatku lekturę przedstawiającą czasy, które niezmiernie mnie intrygują, jawiła się wyraźniej z każdą wertowaną stroną.

     Fatum, to zbiór dziesięciu opowiadań kryminalnych, które mają jeden wspólny element - akcja każdego dzieje się w Gdańsku. Uwielbiam czytać o tym mieście, które podczas baroku spełniało niezwykle ważną funkcję, przez co wiele nacji zamieszkiwało ów tereny, a niestety nie miałam przyjemności na lekturę zarówno ciekawą w wykonaniu, jak i ogólnym zamyśle fabuły. Tutaj, przyznam, że zupełnie jak we wszystkich zbiorach opowiadań, zdarzały się teksty i lepsze, i gorsze. Aczykolwiek przeważają te pierwsze i to na nich zamierzam się skupić w mojej recenzji.

     Zbiór opowiadań napisany jest lekkim językiem, do którego każdy z łatwością się przekona. Nie oznacza to jednak, że powieść jest przez to mniej wartościowa, bo jest wprost przeciwnie. Może nie ma tu zbyt wielu słów o brzmieniu archaicznym, lecz teksty pokazują Gdańsk takim, jakim był. Bez zbędnego patosu, a groteską. Bohaterowie mają cechy, którymi po dziś dzień wielu ludzi się szczyci. Z łatwością utożsamiałam się z postacią Ketela, zastanawiając się, co też zrobiłabym, gdybym znalazła się w sytuacji takiej jak on. Nie przychodziło mi do głowy żadne rozwiązanie, a raczej były na tyle absurdalne, iż nie brałam ich na poważnie. Mimo to odnalazłam w tak odmiennej od początkowych przypuszczeń historii pewną dozę znajomości, jak gdyby dopiero po przeczytaniu opowiadania wszelkie fakty ułożyły się w spójną całość. Właśnie to najbardziej mnie uwiodło w opowiadaniach autorstwa Piotra Rowickiego - nieoczekiwane zakończenie. W zaledwie połowie, może nawet było to nieco mniej, tekstów domyśliłam się, czym się zakończą. Uważam to za dość duży sukces, bo niewielu pisarzy potrafi zaskakiwać czytelnika. Zwłaszcza, że swojego czasu byłam miłośniczką tego typu lektur, zatem koleje losów zwyrodnialców lub ofiar nie były mi obce.

     Reasumując, polecam Fatum każdemu, kto ma ochotę przeczytać o dobrze wykreowanym świecie, bo chociaż nie zdążycie wyrobić sobie ostatecznego osądu o postaciach, które prędko się zmieniają, to zanurzycie się w historiach, które mogły wydarzyć się naprawdę. Autor pokazuje, że dawne dzieje to nie tylko pięknie ubrane damy, których zapach nie był zbyt miły dla zmysłu powonienia, ale coś więcej. Coś, o czym musicie sami się przekonać. Zatem jeśli macie ochotę na tego typu literaturę, to sięgnijcie po tę powieść. Nie ważne, czy do waszych zainteresowań należy historia, czy po protu tego typu opowieści. Z pewnością dobrze wykorzystacie czas, zagłębiając się w lekturze Fatum.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Oficynka, za co serdecznie dziękuję.

!!! Myślę o zrobieniu konkursu, tylko nie wiem, jakie powieści lubicie. Zatem na północnym wschodzie bloga znajduje się ankieta. Mam nadzieję, że klikniecie, dzięki czemu będę mogła choć w niewielkim stopniu dopasować do was nagrodę. !!!

czwartek, 1 września 2011

Danuta Noszczyńska - Pod dwiema kosami

Autor: Danuta Noszczyńska
Tytuł: Pod dwiema kosami
Wydawnictwo: SOL
Ilość stron: 318

     Co przywodzi wam na myśl okładka? Mi sielankowe wakacje dumnego męża z przykładną żoną. Sęk w tym, że ani tytułowy Marian nie jest ideałem, ani jego żona, bo choć zawsze spełnia małżeńskie powinności najlepiej jak potrafi, to nigdy nie zdoła zadowolić małżonka.

     Pod dwiema kosami napisane jest językiem często niepoprawnym, ale za to jakże pasującym do Mariana - głównego bohatera, z którego perspektywy przedstawiane są poszczególne wydarzenia. Chociaż początkowo nie podobał mi się ten zabieg, z czasem się do niego przyzwyczaiłam, a nawet zrozumiałam, że jest tu niemalże konieczny. Gdyby nie on, powieść nie miałaby tego specyficznego klimatu, jakim emanuje. Zaś co do głównej postaci mam same obiekcje. Wprost nie sposób polubić wiecznie dyrygującym bliskimi mężczyzny, w dodatku znajdującego oraz pewnego, iż rzeczone czyny są słuszne. To uświadomiło mi, zresztą taki był zamysł autorki, że wśród nas również żyją tacy ludzie. Dzięki temu powieść nabrała zupełnie odmiennego charakteru, ponieważ miałam wówczas wrażenie, że czytam zapiski człowieka z krwi i kości, który bytował lub nadal żyje nieopodal nas.

     Danuta Noszczyńska zabiera nas w podróż pełną retrospekcji. Zawitamy w życie Mariana, uważanego za dobrego człowieka, pomocnego, kiedy wymaga tego sytuacja (np. chęć zdobycia żony) oraz immoralistę. Książka została naznaczona niebywałym humorem oraz ironią, której nie sposób wyczuć spomiędzy stron. Muszę przyznać, że początek nieco mi się dłużył. Być może wpływ na to miał fakt, iż nie jestem przyzwyczajona do tego typu literatury. Zazwyczaj sięgam po pozycje, w których autor używa patosu, bądź są fantastyką, a tam niemalże wszystko jest nieprawdopodobne. Tutaj natomiast znalazłam się zupełnie gdzieś indziej. Sięgam po książki, aby odwiedzić miejsca nie będące miejscami mojej codziennej tułaczki, a tu nie dość, iż stanęłam oko w oko z sąsiadem, to jeszcze akcja dzieje się w Polsce. Lubię czytać o ojczyźnie, ale w tej powieści przywodzi mi na myśl szary świat, chociaż nie wiem czemu. Czy miało na to wpływ zachowanie męża Apolonii? Czy zazdrość jaką darzył wszelkie dobrodziejstwa dotykające bliźnich? Natomiast zakończenie, a przynajmniej jego część niezmiernie mnie zaskoczyła. Nawet przez myśl mi nie przyszło, że pisarka szykuje dla czytelnika tak niespodziewany finał.

     Na uwagę zasługuje również wątek dotyczący sąsiadów oraz samego Mariana, który darzył tych ludzi niezmienną nienawiścią osnutą goryczą, że mają to, do czego on przez całe życie dążył. Te niesnaski, nie dość, iż poprowadzone żartobliwym tonem przez zainteresowanego, zostały rozwinięte w niemożliwie osobliwy sposób. Owszem, uważniejszy czytelnik dostrzegłby wcześniej, co mogło się wydarzyć potem, ale jako że traktowałam tę powieść jako lekką lekturę nie wymagającą zaangażowania, specjalnie ku temu się nie wysilałam. Chyba to właśnie dlatego tak bardzo skonfundowało, a zarazem zaintrygowało mnie to wszystko. Żywiłam nadzieję, iż zostanie napisane trochę więcej w tym kierunku, ale cóż, widocznie nie można mieć wszystkiego, bo książka zaraz się skończyła. Nawet tego nie zauważyłam. To tylko dowodzi, jak wciągającą pozycją jest Pod dwiema kosami.

     Od zapisków Mariana Żywotnego nie oczekujcie jednakże podniosłych idei, chociaż znajdzie się tam niejaki morał. Jest to raczej miła rozrywka na jeden wieczór. Nie zapadnie wam głęboko w pamięć, lecz pozwoli ukazać w całej krasie człowieka oraz jego wady.

     Reasumując, polecam Pod dwiema kosami autorstwa Danuty Noszczyńskiej osobom pragnącym chwili wytchnienia i zanurzenia się w świat zabarwiony drwiną jak i pogardą (ponieważ taki stosunek miałam do Mariana). Pozwoli wam zrozumieć mentalność niektórych ludzi, wejść do ich umysłów, a także może dać sposobność ku zrozumieniu i wybaczeniu ich błędów. Ktoś, kto oczekuje czegoś na miarę Dostojewskiego, nie odnajdzie się w prozie Noszczyńskiej, lecz nie należy odrzucać tej pozycji tylko z tego powodu. Warto dać jej szansę, nawet jeśli nie przepadacie za tego typu literaturą.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od portalu nakanapie.pl, za co serdecznie dziękuję.

wtorek, 12 lipca 2011

Jacek Piekara - Rycerz kielichów

Autor: Jacek Piekara
Tytuł: Rycerz kielichów
Wydawnictwo: Runa
Ilość stron: 327

      Jacka Piekary chyba nie muszę przedstawiać. Jest on jednym z najbardziej poczytnych polskich pisarzy fantasy, a zarazem jednym z niewielu wydających regularnie. Z jego twórczością spotkałam się dwa lata temu, gdy ujrzałam na półkach bibliotecznych powieść Ja inkwizytor, która mi się nie spodobała. Ale cóż... wygrałam tę książkę, więc wypadałoby chociaż ją przeczytać.
         Muszę przyznać, iż historia, którą przedstawił nam autor nie była najgorsza. Kto nie marzył o podróżach do świata pełnego rycerzy? Zapewne choć raz pomyśleliśmy o tym, jakby to było żyć w tamtych czasach. Lanne ma taką możliwość. Od kiedy w drodze do pracy spotkał Annę, która rzekła, że może dla niego śnić. Tak też robi. W swoich snach przenosi się do miejsca, w którym ludzie pałają do niego nieskrywaną nienawiścią i miłością. Jest rycerzem, posiadającym wiernego rumaka, jakim jest smok. O ile z początku bohater narzeka na monotonię, to teraz może odczuć jej całkowite przeciwieństwo. Na jawie przeżywa przygody, o jakich nawet nie marzył. Tylko czy rzeczywiście są one takie cudowne? Granica między snem a realnością zaciera się i wtedy zaczynają się kłopoty, czyli jak zazwyczaj. Lanne musi stawić czoło przeciwnikom, a i tak wiadomo, jak to wszystko się zakończy. Chociaż muszę dodać, iż niektóre rozwiązania mężczyzny podobały mi się.
      Stylowi autora nie można nic zarzucić. Widać, że ma bogate słownictwo i potrafi oddać barwę świata, w którym znalazł się tytułowy Recerz kielichów. Jednak czasem czegoś brakuje. Może pośredniego koloru? Bohaterowie są albo czarni, albo biali. Nie ma tam kogoś pomiędzy, co może frapować czytelnika.
      Cała powieść jest jak gdyby podzielona na dwie części. Akcja dzieje się równocześnie w prawdziwym świecie i tym wymyślonym. Tylko który z nich jest którym? Właśnie wokół tego toczą się wydarzenia. Z początku jesteśmy wszystkiego pewni, lecz po pewnym czasie możemy zwątpić w to, co dotychczas było nam wiadome. 
       Mimo, że każdy wie, iż ta powieść skończy się jak każda inna, to czyta ją z zapartym tchem. Być może na to związek z tak dobrze przedstawionym światem. Bądź co bądź, lecz pomimo powyższych obiekcji chętnie zanurzałam się w opowieść pełną przyjaciół, którzy nie są przyjaciółmi i osób które kochają, nienawidząc. Nie trzeba zbytnio zastanawiać się nad pobudkami bohaterów, a wartka akcja toczy się swoim rytmem.
       Rycerza kielichów polecam na wieczory, podczas których mamy chęć na zrelaksowanie się z książką. Nie będziemy musieli trudzić się rozwiązywaniem zagadek, gdyż one same przyjdą do nas z czasem. Nie polecam tej powieści osobom oczekującym od powieści czegoś więcej. Tę książkę szybko się czyta i równie szybko o niej zapominamy. Co nie znaczy, iż nie jest warta kilku godzin.

Darcy.

________________________________________________________________________________


W końcu skończyłam. Przyznam, że jeszcze wczoraj miałam chęć na napisanie tej recenzji, ale całą swoją wenę poświęciłam na dokończenie rozdziału ósmego mojej powieści, co odebrało mi resztki energii, jaką miałam. W dodatku muszę przeczytać wiele książek (terminy z biblioteki), więc niedługo powinny pojawić się opinie o innych lekturach. Mam nadzieję, iż to, co przeczytaliście o Rycerzu kielichów zbytnio was nie znudziło i nie odebrało chęci do przeczytania dzieła Piekary. Może nie jest to coś wielkiego, ale jak już wspomniałam może wam się spodobać, a już zwłaszcza miłośnikom tego autora.


środa, 6 lipca 2011

Pablo de Santis - Kaligraf Woltera

Autor: Pablo de Santis
Tytuł: Kaligraf Woltera
Wydawnictwo: Muza
Ilość stron: 156

      Po powieść Pabla de Santis'a sięgnęłam tylko dlatego, że moją uwagę przyciągnęła niebanalna okładka. Wielokrotnie widziałam rzucającą się w oczy grafikę, która wbrew oczekiwaniom wydawcy ginęła pośród innych. I choć książek nie ocenia się po okładce, po raz pierwszy cieszę się, iż tak postąpiłam. To właśnie ona (okładka) urzekła mnie swą prostotą i subtelnością. Niczym niewyróżniające się piórko z kropelką krwi na koniuszku, świadczyło o delikatności, a jednocześnie mocnym wyrazie słów autora. Opisu z tyłu książki nie miałam okazji czytać. Za mną stała staruszka, która wprost domagała się, bym ją przepuściła. Chcąc nie chcąc musiałam to zrobić, toteż wyszłam z biblioteki z nowym nabytkiem w ręce.
       Kaligraf Woltera zaczęłam czytać już w drodze do dentysty. Od zawsze panicznie się bałam tego człowieka, wpychającego ci dziwne przyrządy do otwartych ust, lecz ta książka pomogła mi to przetrwać. Już pierwsze zdanie odciągnęło moją uwagę od miejsca, w którym wówczas się znajdowałam. Z początku byłam pewna, że "serce w szklanym słoju" jest jedynie przenośnią. Jak bardzo się myliłam, gdyż narrator mówił o najprawdziwszym narządzie wielkiego filozofa - Woltera. Był on jego pracownikiem, co też podsyciło moją ciekawość. Co też mógł zlecić swemu posłańcowi wielki myśliciel? Tego nie dowiedziałam się, ponieważ wezwano mnie na fotel tortur. A i wtedy nie mogłam odpędzić się od tej myśli; co będzie dalej?
       Powieść prowadzona jest jakby była tylko lekką gawędą. Autor zwodzi czytelnika, ofiarowuje poznanie sekretu, by potem zabrać nam go prosto sprzed nosa. Wydaje nam się, iż już uchwyciliśmy sens powieści, gdy on umyka nam niepostrzeżenie. Zabawa, jaką prowadzi Pablo z nami może być czasami niezbyt dla nas miła, ale zaraz potem zaczynamy doceniać z jaką finezją i kunsztem to robi. Nie twierdzę, że błędów nie popełnia, ale kimże on jest? Zwykłym człowiekiem, a i my z całą pewnością nieraz błędy jakieś popełnialiśmy. Sęk jednak w tym, aby je odpowiednio zatuszować i właśnie to udaje się autorowi doskonale. Sam pisał w swoim dziele, iż "Najlepszy kaligraf to nie taki, który nigdy się nie myli, tylko ten, który nawet plamom umie nadać sens i odrobinę piękna".
       W Kaligrafie Wolteria możemy znaleźć odrobinę sensacji i intrygi. Nie spodziewajcie się jednak, że zajmie ona pierwszy plan w całej scenerii. Jest to raczej element łączący poszczególne - z pozoru niczym ze sobą niezwiązane wątki - w jedną całość. Książkę tę można uznać równie dobrze za dramat, co za zwyczajną powieść obyczajową. Możemy znaleźć tu wszelkie elementy, co sprawia, że niemal każdy czytelnik może odnaleźć w niej coś dla siebie.
       Sam fakt, że Pablo pisał swoje dzieło przez trzy lata przemawia na jego korzyść. Bowiem jest to ktoś, kto przygotował się do przedstawienia zdarzeń, co było nieco trudne, zważywszy na czas, w jakim umiejscowiona była akcja. Ulice, na których pisarze czekali na dyrektorów teatrów, by pokazać im swoje dzieło, grożąc przy tym, że jeśli nie zrobią tego przy nich, to popełnią samobójstwo, odeszły już w niepamięć. Tak samo jak kaci, którzy ścinali głowy ku uciesze miejscowych. Jednym z ludzi, uprawiających tenże zawód jest Kolm. Ten mężczyzna, zatraciwszy się w swej pracy nie zauważył, że ściął głowę własnego ojca. Rodziciel był świadom, że to właśnie jego syn wykonuje egzekucje, jednak nie przeszkodził z uwagi na to, iż jest to obowiązek Kolma. Co oczywiste w niemal wszelkich powieściach, kat został ukarany, lecz przy tym dręczyło go poczucie winy. To chyba najbardziej barwna postać w Kaligrafie Woltera. Mimo jego wcześniejszej profesji czytelnik może czuć pewną ulgę pomieszaną ze smutkiem. Przecież mężczyzna odkupił swoje winy, pomagając głównemu bohaterowi.
       Zapewne powieść spodoba się osobom, lubującym się w nieśpiesznej akcji, w której nie ma nazbyt wiele nieoczekiwanych zdarzeń. Owszem, jak już wcześniej powiedziałam, występują, ale są one tak ukryte pod fasadą słów, że można pomyśleć, iż tak właśnie miało być i jest jedynym słusznym wyjaśnieniem poszczególnych wydarzeń.
       Jedyne, czego mi brakowało, to rozwiązłe opisy miejsc, w których przebywał tytułowy "Kaligraf (...)". Chciałabym przeczytać coś więcej o domu jego mentora, a także Francji, w której mieszkał przez pewien czas. Autor skupia się głównie na wydarzeniach, a scenerię odrzuca w zapomnienie, przez co o wiele trudniej wciągnąć się w całą opowieść i klimat wokół. W mym mniemaniu, było to aż nazbyt zauważalne, nawet dla niezbyt dociekliwego człowieka.
       Podsumowując, książkę czyta się łatwo i to nie tylko ze względu na sto pięćdziesiąt sześć stron. Pozycja jest warta przeczytania, chociażby ze względu na słownictwo, którym operuje autor. W jego przypadku można śmiało rzec, że mniej znaczy więcej (poza jednym przypadkiem - opisów). W powieści nie doszukałam się zbędnych frazesów, co w innym przypadku być może wyszłoby na korzyść autora, tutaj jednak ten minimalizm idealnie pasuje. Kaligrafa Woltera polecam osobom lubiącym czytać Dostojewskiego, ale nie stroniącym także i od dobrego kryminału. 

Darcy.

Moją recenzję możecie znaleźć także na: http://nakanapie.pl/books/391486/reviews/5894.kaligraf-woltera