niedziela, 4 grudnia 2011

Gemma Malley - Deklaracja

Autor: Gemma Malley
Tytuł: Deklaracja
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 384

     Ostatniej soboty, zupełnie bez zastanowienia sięgnęłam po Deklarację. Ostatnimi czasy w zasięgu moich rąk były tylko ciężkie lektury, toteż po zmęczeniu zarówno nauką, jak i czytaniem trudnych powieści, bez entuzjazmu sięgnęłam po tę książkę. Początkowo nieco mozolnie wertowałam strony, lecz po chwili wciągnęłam się w całą historię. Sama nie wiem kiedy przebrnęłam przez pierwsze pięćdziesiąt stron, potem kolejne i kolejne. Skończyło się na tym, że sobotni ranek, który miałam przeznaczyć na naukę biogramów artystów, przeznaczyłam dziełu Gemmy Malley. Jestem pewna, iż nie był to stracony czas, bo nie dość, że Deklaracja pomogła mi się odstresować, to pokazała świat takim, jakim nigdy nie chcielibyśmy go zobaczyć. Ostatnimi czasy nader często widzę na półkach w księgarniach oraz bibliotekach podobne antyutopijne historię, chociaż przyznam, że pierwszy raz zdarzyło mi się przeczytać jakąś w tak szybkim tempie. Bynajmniej nie była to zasługa tego, iż autorka nie ma niczego do powiedzenia, bo jest zupełnie inaczej. Widać, że posiada swoją wizję i przedstawiła ją w miarę przystępny sposób.

Akcja wyżej wymienionej książki rozgrywa się w Wielkiej Brytanii, blisko sto lat po naszych czasach. Został wynaleziony pewien lek, który jak się zdaje potrafi zatrzymać starzenie się ciała. Jednakże, jak przeczytałam w pewnym momencie (cytatu niestety zapewne nie znajdę) grawitacja nadal działa, zatem skóra musi być podtrzymywana przez odpowiednią bieliznę - trochę nie w temacie, ale teraz przypomniała mi się ta scena. W związku z niestarzeniem się społeczeństwa świat został podzielony na dwie grupy ludzi: legalnych oraz nadmiarów. Tak się składa, że Anna, bohaterka opowieści, należy do tej drugiej grupy. Mieszka wraz z innymi niechcianymi bądź odebranymi rodzicom dziećmi w zakładzie prowadzonym przez Panią Sharpe - bezwzględną kobietę, która w rzeczywistości skrywa głęboki żal. 

     Nadmiar Anna - jak mówi sama o sobie - ma piętnaście lat. Przybyła do Grange Hall jakiś czas temu i zdążyła już sobie przysposobić sympatię tutejszej kierowniczki - takie przynajmniej odniosłam wrażenie, sądząc po pochwalnych notatkach zapisywanych w dzienniku przez dziewczynę - co okazało się omyłką, o czym ku wielkiemu rozczarowaniu przekonała się w pewnym momencie Anna. Bądź co bądź, miała możliwość przekonać się o domniemanej przychylności dyrektorki (że tak pozwolę sobie ją nazwać), gdy ta powierzyła jej rolę prefekta. Od tego czasu pierwszoplanowa postać jest przekonana, że jej rolą jest zostać "przydatnym" Nadmiarem. Co zatem oznacza słowo przydatność w języku bohaterki? Jest to nie mniej, nie więcej jak niewolnicza praca, którą miałaby sprawować w domu prawowitych ludzi. 

     Wszystko toczy się monotonnym rytmem wyznaczanym przez kolejno następujące po sobie obowiązki do czasu, kiedy do ośrodka przybywa Peter - nieznośny chłopak, nie wiedzieć czemu nazywający Annę po nazwisku (Covey), co jest wystarczającym powodem do niepokoju, bowiem tacy jak ona nie posiadają ani drugiego imienia, ani tym bardziej miany rodowej. Oznajmia również, iż wie, kim są rodzice pani prefekt, czego ona sama nie przyjmuje do wiadomości - zarzeka się, że ich nienawidzi. Od tej pory bohaterowie podejmują wiele znaczących decyzji, aby doprowadzić akcję do ostatecznego - epitafium.

     Finisz powieści, szczerze powiedziawszy, nieco mnie zbił z tropu. W pewnym stopniu moje początkowe przypuszczenia się ziściły, aczykolwiek było dla mnie sporym zakończeniem to, co rozegrało się na ostatnich dwudziestu stronach. Przyznam, że autorce udało się stworzyć powieść nie tylko potrafiącą zaciekawić czytelnika niemalże od pierwszej strony, ale również sprawiła, iż zakończenie stało się swego rodzaju czymś wyjątkowym - nie każdy pisarz zdobyłby się na tak drastyczne rozwiązanie, co nie umniejsza tego, że niezmiernie mi się podobało i ostatecznie to ono warunkowało na końcową ocenę Deklaracji.

     Nie rozpisując się przesadnie, bo nie w tym rzecz, aby zaledwie parę osób przeczytało pobieżnie recenzję, pragnę rzec, że mi ta powieść się spodobała. Stanowiła miłą odskocznię po ciężkim tygodniu i przypomniała mi, dlaczego tak naprawdę lubię czytać książki - dlatego, że dorywają stopy od ziemi, sprawiając, iż przeżywam to, czego nie mogłabym przeżyć realnie. Zatem, przeczytajcie dzieło Gemmy Malley, bo zapewniam, że jest tego warte. Przyznaję, że mimo iż na początku nie byłam nastawiona do tej książki entuzjastycznie, to zrobiła na mnie niebywałe wrażenie oraz sprawiła, że jeszcze nie raz i nie dwa sięgnę po tak odprężającą lekturę.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.


     PS. To chyba pierwsza od dłuższego czasu recenzja, którą napisałam w zasadzie bez pośpiechu, jak gdybym czyniła to dla samej siebie, a nie dla was.  W dodatku pisało mi się tak lekko, jakbym robiła to jedynie w myślach, a nie na papierze (cóż, wirtualnym) - lubię to uczucie. :)

środa, 30 listopada 2011

Ewa Ostrowska - Kamuflaż

Autor: Ewa Ostrowska
Tytuł: Kamuflaż
Wydawnictwo: Oficynka
Ilość stron: 384

     W życiu każdego czytelnika co jakiś czas przychodzi znużenie tematem. W moim przypadku było tak z fantastyką, zatem z rosnącym entuzjazmem sięgnęłam po książkę Ewy Ostrowskiej pt. Kamuflaż. Trzymająca w napięciu akcja, nietuzinkowi bohaterowie i niebanalna zagadka - na te elementy liczyłam. W zasadzie to nie mogę rzec, że ich brakowało, bo tak nie było, ale nie wiedzieć czemu już na samym początku poczułam niejakie znużenie powieścią. Sama nie wiem, czy wpływ na to miał fakt, że akcja została umieszczona w oddalonym o wiele mil miasteczku, którego aury nijak nie mogłam poczuć, a może to moja skłonność do indagowania nad tym, co by było gdyby... Z tym, że w gatunku jakim są kryminały (ew. horrory, bo również tymi cechami może poszczycić się powieść autorstwa P. Ostrowskiej) mają rozbudowane rozwinięcie, lecz koniec musi być definitywny i nie ma co prowadzić zbędnych dywagacji.

     Na wstępie muszę przyznać, że niezmiernie spodobała mi się okładka Kamuflażu. Dodam, że po części to właśnie dzięki niej postanowiłam przeczytać dzieło pisarki. Niesamowicie sugestywny manekin na pierwszym planie podziałał na moją wyobraźnię, sprawiając, że już przed przeczytaniem książki miałam wyrobione o niej swoistego rodzaju zdanie. Nie było one zagruntowane, bo tak stało się dopiero po ukończeniu lektury. Jak już zaznaczyłam, obraz nie jest bez znaczenia, bowiem ma odzwierciedlenie w fabule powieści.

"(...) siedziała na brzegu piaskownicy, kołysząc w ramionach uśmiechającą się pokolorowanymi ustami nagą, łysą, różowawą głowę manekina."

     Na samym początku niejako ociężale przewracałam strony. Być może przez to, że nie przypadli mi do gustu bohaterowie i trudno przyszło mi się z nimi utożsamiać. Zachowanie Hellen, matki porwanego chłopczyka, wydawało mi się mocno przesadzone. Nie wiem, jakbym ja zareagowała, gdybym odkryła, że latorośl, którą kochałam nade wszystko, została uprowadzona. Być może to właśnie dlatego już na wstępie książki zaczęłam odczuwać znudzenie. Na całe szczęście zmieniło się ono po przeczytaniu kolejnych stron, kiedy wkraczają kolejne postacie, a poszukiwania złoczyńcy rozwijają się coraz bardziej.

     Z zaangażowaniem śledziłam poczynania Haiga i Petersa, chociaż dialogi między nimi wydawały się mało prawdopodobne. I potem kolejny raz radość odczuwania przy zawiązaniu akcji odeszła w niepamięć. A przyznam śmiało, że naprawdę chciałam odczuć klimat stworzony przez pisarkę, bo tego, że potrafi pisać nie można jej odmówić. Pomieszczenia były opisane na tyle niesamowicie, że potrafiłam je sobie idealnie wyobrazić. Co jednak sprawiło, że nie potrafiłam czerpać radości z czytania Kamuflażu? Nie wiem.

     Jednakże w pewnym momencie zaintrygowały mnie losy Jennifer. Kolejny raz, niczym na karuzeli, poczułam uniesienie i przemożną ochotę, aby poznać jej losy poza akcją książki. Ta niebywale dobrze wykreowana postać nie od razu przysposobiła sobie moją sympatię, lecz kiedy już się do niej przekonałam, to nie potrafiłam przestać o niej myśleć. I wiem, że nie jest to główny problem dzieła Ostrowskiej, aczykolwiek chciałam o tym napisać, dlatego że uważam, iż to zasługuje na uwagę.

     Patrząc od strony technicznej, na uwagę zasługuje to, że pisarka doprawdy potrafiła oddać smak śledztwa. Zdarzenia były ze sobą powiązane, toteż nie znalazłam między nimi żadnych nieścisłości. Pod tym względem powieść zyskała kolejną zaletę. 

     Przechodząc do meritum, polecam tę książkę każdemu, kto pragnie w swoim życiu pewnej odmiany. Mimo że mnie powieść nie porwała ani nie sprawiła, że oderwałam się od świata, mam świadomość, iż u wielu osób odnajdzie uznanie. Zatem nie pozostaje wam nic innego, jak sięgnąć po Kamuflaż i na własne oczy przekonać się, czy odnajdziecie się w tejże lekturze.



Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Oficynka, za co serdecznie dziękuję.
 
 

sobota, 5 listopada 2011

Juliusz Verne - Pięćset milionów hinduskiej księżniczki

Autor: Juliusz Verne
Tytuł: Pięćset milionów hinduskiej księżniczki
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 205

     Juliusza Verne nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Z pewnością wielu z was zetknęło się już z jego powieściami czy to mimochodem o nich słysząc, czy czytając z premedytacją. Pomimo że powieściopiszarz odszedł na łono Abrahama ponad sto lat temu, to historie przezeń przedstawiane są czytywane do dziś i mogą służyć za wzór dla wielu osób, pragnących nauczyć się tworzyć dzieła tak bardzo wciągające, jak czynił to on. Lista książek autorstwa Verne'a prezentuje się dumnie w porównaniu z innymi znakomitymi autorami z czasów, w których żył, bowiem niewielu mogło poszczycić się tak bogatym biogramem. Być może to ślepy traf sprawił, że zyskując sposobność do przeczytania jednej z powieści tego pisarza, trafiłam na Pięćset milionów hinduskiej księżniczki, lub cokolwiek innego. Jednego jestem pewna; bardzo cieszę się, że postanowiłam sięgnąć po to dzieło, chociaż muszę przyznać, że wcześniej nie byłam wierną wielbicielką akcji osnutej wokół wątków przygodowych, lecz ta książka przełamała żywione przeze mnie stereotypy i sprawiła, że z następnym razem już z chęcią będę zagłębiała się w lekturze tego typu powieści.

     Pomimo że chciałabym przejść od razu do meritum, postanowiłam omówić stronę graficzną książki, bo ta z całą pewnością na to zasługuje. Już nie bacząc na twardą oprawę, dzięki której mogłam nosić ze sobą tom w rozmaite miejsca, nie przejmując się, że coś mu się stanie, oraz nie wchodząc w szczegóły odnośnie dobrej jakości czcionki, muszę zagaić odnośnie licznych rysunków zamieszczonych we wnętrzu wydania. Wcześniejsza powieść tego pisarza, którą miałam okazję przeczytać, nie posiadała podobnych ilustracji i choć nie stanowią one o wartości dzieła literackiego, to o wiele milej się czyta, mogąc raz po raz zaglądać na przeciwną stronę i porównywać wytwory swojej wyobraźni z tymi, które zaprezentował grafik, chociaż te niekiedy były diametralnie odmienne. Obok możecie zobaczyć jeden ze szkiców w wykonaniu Léon'a Benett'a.


     Skoro nadmieniłam już o tym, to mogę z czystym sumieniem przejść do wydarzeń przedstawionych w Pięciuset milionach hinduskiej księżniczki. Pewnego człowieka nauki, doktora Sarrasin'a, zupełnie niespodziewanie odwiedza człowiek insynuujący, że jest on spadkobiercą niebagatelnej sumy pieniędzy. Jak często bywa w takich przypadkach, za chwilę zlatują się sępy pragnące uszczuplić majątek doktora choć o grosz. Bywają również tacy, którzy, widząc w znajomości z kimś wartym tak wiele, postanawiając odnosić się do doktora z niekrytym szacunkiem, chociaż wcześniej zachowywali się w stosunku do niego co najmniej powściągliwie. Jeżeli mówimy już o tej pierwszej kategorii, to nie sposób nie przedstawić w tym momencie Herr Schlutzego, który również był pretendentem do majętności. Nic więc dziwnego, że postanowił rościć sobie prawa do spadku, skoro od lat darzył rasę łacińską nieskrywaną niechęcią, co rusz manifestując wyższość nad nią rasy germańskiej. Nie inaczej było w tym przypadku, ponieważ nie dość, że otrzymał pięćset milionów, to postanowił uzurpować sobie również zamysł Sarrasina, z tym że zamiast krainy szczęścia, jaką zamierzał wybudować doktor, utworzył wielką fabrykę, w której budowano przeróżną broń. Mając na względzie wcześniejsze uprzedzenia tego wzniosłego mężczyzny względem Francuzów nie sposób nie wywęszyć w tym podstępu, który postanowił pojąć młodzieniec wierny podziwianemu człowiekowi. Wyruszył zatem prosto w sidła wroga, aby poznać istotne informacje i przekazać je mentorowi. Tak w kilku słowach można streścić zawiązanie akcji. Nie chciałabym skracać wszystkich perypetii z tym związanych, gdyż niechybnie odebrałoby to wam chęć przystąpienia do lektury.


     Ostatnimi czasy sięgałam po powieści z kanonu, wielokrotnie rażące pełnym patosu językiem oraz sprawiające, że trzeba kilka razy pomyśleć nad pewnym zdaniem, aby całkowicie zagłębić jego istotę. Zatem gdy mimochodem spojrzałam na pierwszą stronę dzieła Verne'a poczułam rosnącą ulgę, a jednocześnie entuzjazm. Przystępując do lektury tylko jednego rozdziału (tak sobie wmawiałam na początku), nawet nie dostrzegłam, kiedy z dwunastej strony przeszłam na stronę siedemdziesiątą ósmą. Od dawna nie czytałam czegoś, w czym narracja byłaby tak swobodnie prowadzona niczym monolog do czytelnika, który ten ma chęć raz po raz powtarzać w myślach. Ponadto fascynująca fabuła, dobrze wykreowane postaci i talent, jaki bezdyskusyjnie posiada Juliusz Verne sprawiły, że nie potrafiłam oderwać się od powieści i nawet wówczas, kiedy musiałam zrobić coś innego, odkładałam to na chwilę późniejszą, by tylko przeczytać te kilka stron pozostałych do zakończenia rozdziału.


     Reasumując, doszłam do wniosku, że twórczość Juliusza Verne'a, a w szczególności Pięćset milionów hinduskiej księżniczki, są warte poznania. Autor potrafi operować językiem, nie rażąc potocznymi frazami, a jednocześnie opisując wszystkie wydarzenia przystępnie, a zarazem kunsztownie. Teraz wiem, że nie bez powodu od tak wielu lat książki napisane przez ów pisarza są tłumaczone na wiele języków, ale także znajdują odbiorców. Ich fenomen nie jest mi jeszcze do końca znany, ponieważ nie przeczytałam wystarczająco wielu dzieł twórcy, co postaram się zmienić w przeciągu najbliższych kilku lat. Mogę więc z niezmąconą pewnością oszacować, że absolutnie każdy powinien sięgnąć po coś autorstwa Verne'a. Nie wspominając o młodszych czytelnikach, który wielokrotnie lubują się w wartkiej akcji, starszych miłośników książek również powinna zaciekawić ta pozycja. Pozostaje mi tylko powiedzieć, że na pewno nie raz i nie dwa na moich półkach zagości nazwisko autora.


     Tak na marginesie (poza recenzją) dodam, że Pięćset milionów hinduskiej księżniczki doczekało się pierwszego polskiego przekładu w 1880, a wcześniejsze wydania nosiły następujące nazwy: Pięćset milionów hinduskiej władczyni i 500 milionów Begumy. W Polsce zaś popularyzowaniem twórczości Juliusza V. zajmuje się Polskie Towarzystwo Juliusza Verne'a, na którego stronę możecie przejść klikając tutaj.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Zielona Sowa, za co serdecznie dziękuję.

niedziela, 30 października 2011

Jak zostać pisarzem - Urszula Glesk, M. Hamkało i inni

Autorzy: Urszula Glensk, Marcin Hamkało,
Karol Maliszewski, Leszek Pułka,
Paweł Urbaniak, Andrzej Zawada
Tytuł: Jak zostać pisarzem
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ilość stron: 304      
     
     Każdy mól książkowy, prędzej czy później, zaczynał myśleć o napisaniu własnej książki. Niektórzy poczynili już odpowiednie ku temu kroki, inni są dopiero na etapie domniemań co ogólnego zarysu fabuły. Wielu z nich zadaje sobie paradoksalnie łatwe, a zarazem trudne pytanie: jak zacząć? Cóż, nie ma jednego, dobrego sposobu, ale książka Jak zostać pisarzem stara się odpowiedzieć na tę i podobne kwestie dręczące żądnych tworzenia własnych historii pisarzy. Pierwszy polski podręcznik dla autorów - jak głosi fraza zamieszczona przez wydawcę na obwolucie - został napisany przez wielu ludzi w pewien sposób związanych ze sztuką, jaką jest pisarstwo. I tak wśród autorów możemy odnaleźć Prof. Dr Hab. Andrzeja Zawadę - historyka literatury polskiej, krytyka i eseistę; Dr Urszulę Glensk - litereaturoznawcę i krytyka literackiego; Dr Hab. Leszka Pułkę - dziennikarza i recenzenta teatralnego oraz innych, dzięki którym poradnik Jak zostać pisarzem wydał mi się odpowiednim kompedium wiedzy.

     Jako że z reguły nie jestem pozytywnie nastawiona do tego typu lektur - uważam, że człowiek sam potrafi znaleźć odpowiedni sposób, aby robić to, co lubi (w tym przypadku tworzenie powieści), a jeżeli mu to nie wychodzi, to powinien ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć, aż nie wyrobi w sobie swoistego rodzaju przyzwyczajenia i lekkości w ustawicznie podejmowanym zadaniu - nie byłam nastawiona do tej książki pozytywnie. Nie byłam również całkowicie sceptyczna, inaczej rzecz biorąc - nie oczekiwałam po niej zbyt wiele, choć tytuł skutecznie przywiódł moją uwagę.

     Już od pierwszej stronicy z zainteresowaniem śledziłam koleje powstawiania powieści, począwszy od tworzenia fabuły po kreowania bohatera. Nie powiem, że było to dla mnie czymś nowym, bo wielokrotnie pisząc swoje opowiadania postępowałam podobnie, choć zupełnie odmiennie. Paradoksalność powyższego stwierdzenia dopiero teraz do mnie dotarła, ale w zupełności tak było. Dowiedziałam się, że nie stosowałam się do żadnej z reguł przedstawionych w poradniku dla autorów, lecz wyciągnęłam z niego odpowiednie wnioski. Wiele z nich nie będzie nigdy wykorzystanych, chociaż z przyjemnością przychodziło mi postępowanie wedle wskazówek przedstawionych w książce Jak zostać pisarzem. Stwierdziłam, że to nie dla mnie - ja uwielbiam bawić się językiem, a nie stosować się do sztywnych reguł.

     Mimo że początek mojej recenzji nie jest może nader pozytywny, to teraz nadszedł czas na ukazanie tych aspektów pracy tak wielu autorów, które stanowią o dość wysokiej wartości tejże pracy:

     Po pierwsze; książka pozwoli przybliżyć wielu czytelnikom, jak mogą pracować powieściopisarze. Wiadomo, że nie od dziś wiele ludzi się nad tym zastanawia, a sam fakt, iż teraz będą mogli dowiedzieć się o tym czegoś więcej, sprawi, że z chęcią sięgną po tę pozycję. Lektura nie tylko przybliża nam warsztat pisarza, ale pozwala też wejść czytelnikowi w pewien sposób do jego psychiki, co ułatwiają nieraz przytaczane cytaty - to one w dużej mierze sprawiły, że kartki przewracałam z większą lekkością niż gdybym czyniła to z długim wywodem w nie nieoprawionym.

     Po drugie; amatorzy pióra będą mogli znaleźć w tu wiele przydatnych porad, które przysłużą się im w dalszych pracach na tworzeniem dzieł. Bardzo spodobały mi się ćwiczenia umieszczone na końcu kolejnych rozdziałów - pozwolą niejako utrwalić zdobyte informacje już w praktyce, a także nabyć nowe, własne.

     Po trzecie; w książce Jak zostać pisarzem nie zostały przedstawione tylko etapy powstawania dzieła, lecz także zbieranie materiałów do powieści oraz informacje o prawach autorskich, co z całą pewnością przyda się tym, którzy planują owoc swej męki wydać.

     Podsumowując, mimo iż na mnie ta pozycja nie wywarła wielkiego wrażenia, koniecznie ją przeczytajcie. Pozwoliła mi uprzytomnić sobie rzeczy oczywiste, a tak często zapominane podczas tworzenia. Ponadto jeżeli ktoś z was interesuje się pisarstwem od - że tak powiem - strony technicznej, poradnik pomoże mu w usytuowaniu pewnych informacji oraz stworzeniu niejakiego obrazu twórcy. Jak zostać pisarzem stanowi idealne kompendium wiedzy dla początkujących pisarzy, tak więc to do nich głównie (choć nie tylko) adresowany jest pierwszy polski podręcznik dla autorów.
                                              

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Bukowy Las, za co serdecznie dziękuję.

piątek, 7 października 2011

Rachel Ward - Numery 2 Chaos

Autor: Rachel Ward
Tytuł: Numery 2 Chaos
Wydawnictwo: Wilga
Ilość stron: 440

     Kolejna powieść pisarki, a zarazem kontynuacja Numerów, o których pisałam wcześniej, wywarła na mnie o wiele lepsze wrażenie niż jej poprzedniczka. W pierwszej bowiem mogłam liczyć na wartką akcję mieszającą się z momentami żmudnymi, przez które nieco ciężko było mi podążać. Tutaj natomiast mam wrażenie, że Rachel Ward nie tylko polepszyła swój warsztat pisarski, ale również wykreowała postacie nieco bardziej zarysowane niż uprzednio. 

     Zaczynając jednak od początku; kolejny raz na okładce dominuje wieloznaczne słowo - Numery. Adam, syn Jem, którą mogliśmy poznać w poprzedniej części, zupełnie jak matka posiada dar widzenia numerów, będących jednocześnie datami powiązanymi z kresem życia poszczególnych ludzi. Z tym, że w tym przypadku nie jest on podobny do matki, gdyż ta wcześniej wyposażyła go w odpowiednią wiedzę, w jaki sposób należy poradzić sobie z tym przekleństwem. Gdy wraz z ekscentryczną babką przybywa do Londynu, widzi wokół ten jeden ciąg cyfr - 112027. Przeczuwa zatem, iż ma to pewne powiązanie z końcem świata, o którym można coraz więcej przeczytać w internecie. W dodatku dziewczyna, spotkana w szkole, Sara, również jest świadoma ciążącego nad miastem nieodzownego przekleństwa, które objawia się w snach pełnych przerażających szczegółów.
"Dręczy mnie mnóstwo wątpliwości. Martwię się, że ganiam po Londynie nie tam, gdzie trzeba, że wszystko się będzie działo gdzie indziej, w jakimś miejscu, o którym nie wiem. Ale staram się odpędzić od siebie te myśli. Postanowiłem, co robić - i muszę się tego trzymać."

     Język, jakim operuje autorka jest prosty, doskonale dostosowany do wieku czytelników, który przeznaczone są Numery 2 Chaos. Nie ma tu co prawda nader wielu opisów pełnych patosu oraz szczegółów, lecz z łatwością przyszło mi przestrzenne wykreowanie świata, w jakim przyszło bytować głównym bohaterom. Dodatkowo fakt, że akcja rozgrywa się w Londynie dopomógł mi w odpowiedni sposób umiejscowić niektóre miejsca w odpowiedniej przestrzeni. O ile w poprzedniej książce p. Ward było pełno przekleństw, niekiedy odbierających dalszą chęć do czytania, to ta powieść jest niemalże z nich wyzbyta. Owszem, zdarzają się i to nawet często w porównaniu z innymi pozycjami, ale nie są tak nagminne, o czym nadmieniłam w poprzednim zdaniu.

     Tym razem pisarka pokusiła się o przedstawienie wydarzeń z punku widzenia dwóch osób - Adama i Sary. Moim zdaniem ten zabieg nie był konieczny, lecz po skończeniu dzieła Rachel Ward nie potrafiłam sobie wyobrazić, że można było przedstawić dzieje w 2027 roku w inny sposób. Punkt widzenia Sary znacznie różni się od tego, pod jakim patrzy na świat młodzieniec, ale dzięki temu potrafiłam poznać poszczególne wydarzenia z diametralnie innej perspektywy. Bardzo mi się podobało to, że nie skupiono się głównie na samym problemie przedstawionym w powieści, a również na wątkach pobocznych. Przyznam śmiało, że niektóre śledziłam z zapartym tchem.
"Nienawidzę numerów. Chcę je zmienić. Chcę je wymazać. A jeśli mi się nie uda, zginę, próbując to zrobić."
     Podsumowując, Numery 2 Chaos, polecam młodzieży, jak i również tym nieco starszym czytelnikom. Niektórym będzie doskwierał brak rozwiązłych opisów, ale da się to przeboleć tylko po to, by zanurzyć się w świecie przedstawionym, a także porwać się w wir wydarzeń, toczących się zatrważająco prędko. Ci, nadal wahający się po przeczytaniu pierwszej części, muszą wyzbyć się obaw, ponieważ ta książka jest o niebo lepsza od poprzedniczki, a przy tym potrafi wciągnąć jak mało która, pomimo wad. Ale która książka ich nie ma? Wszak nie sposób dogodzić każdemu.

* cytaty pochodzą z Numerów 2 Chaos Rachel Ward

     Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Wilga, za co serdecznie dziękuję.


czwartek, 22 września 2011

Bram Stoker - Dracula

Autor: Bram Stoker
Tytuł: Dracula
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 448

     Na początku muszę pochwalić to wydanie Draculi. Wiele wydawnictw klasyczne powieści wydaje, jak gdyby nie licząc się z oprawą graficzną, ale wierząc święcie, iż treść sama się obroni. W sumie to często tak bywa, lecz o wiele przyjemniej jest wziąć do ręki książkę z piękną obwolutą, idealnie wpasowującą się w dłoń, a na dodatek posiadającą materiałową zakładkę do niej przymocowaną. Nie mogłam się nadziwić, że w końcu ujrzałam równie nieprawdopodobne zjawisko, bo ostatnio widziałam podobne kilka lat temu, toteż jej widok mnie ucieszył, chociaż to wydaje się nieco osobliwe, biorąc pod uwagę, że był to jedynie zwykły kawałek tkaniny. Wracając jednak do obwoluty, spodobało mi się wieloznaczne zdjęcie róży osnute wokół czerwienią. Symbolizuje zapewne to, co wielu z nas przychodzi na myśl, kiedy obiektem zainteresowania staje się kultowy wampir, jakim jest Dracula, czyli innymi słowy - krew.

     Jonathan Harker, bohater powieści Dracula, zmierza do ponurego zamczyska, w którym urzęduje nie mniej posępny hrabia, a w którym z początku Jonathan może widzieć kogoś na kształt przyjaciela, bowiem w ten sposób śmiem nazwać niemalże przymilne relacje między mężczyznami. Gdyż właściciel posesji zezwala gościowi na korzystanie ze swych zbiorów ksiąg, co uważam za wystarczający powód do wysnucia tych wniosków. Jednak czy to jest jedyna pobudka? A może Dracula pragnie uzyskać tym coś więcej? Tego oraz innych rzeczy nie sposób przytoczyć w tak krótkiej recenzji, a należy samemu przeczytać arcydzieło literatury światowej - jak określa dzieło Stoker'a wydawca.

     Bardzo podobało mi się, że autor nieprędko przenosi nas do wydarzeń. Czytelnik ma szansę, ażeby poznać świat przedstawiony, a także się w nim odnaleźć. To, co najbardziej podobało mi się w pierwszych rozdziałach, to atmosfera grozy, kiedy bohater jest ostrzegany w coraz to bardziej osobliwe sposoby. Stanowi to idealną osnowę fabuły, z jaką czytelnikowi przyjdzie się zmierzyć w późniejszych wydarzeniach. Dodatkowo pisarz posiada tak przystępny sposób pisania, że każdy może odnaleźć tu coś dla siebie. Zarówno miłośnicy odrobiny fantazji w szarym życiu, jak i łaknący pewnego rodzaju wątku miłosnego przyjaciółki narzeczonej głównego bohatera. Skoro o nim wspomniałam, to muszę dodać, że wielu osobom mógł przypaść do gustu, ale mi kojarzył się z zaszczutym zwierzęciem, które nie wie, jak wydostać się z kąta, w który zostało zapędzone. Jednak w późniejszych rozdziałach przekonałam się, że zbyt pochopnie go oceniłam, aczykolwiek nie umniejszyło to pierwotnego osądu. Być może dlatego, że nie potrafię zmienić zdania z dnia na dzień.

     Zaś co do samej fabuły, to przyznam, że doprawdy przypadła mi do gustu. Z reguły opowieści o wampirach kojarzą mi się z rozkosznymi krwiopijcami, których głównym zajęciem jest spokojna egzystencja pośród ludzi. Tutaj miałam do czynienia z czymś zupełnie innym. Mianowicie wampirem z krwi i kości, wprost kwintesencją tego, co przychodzi na myśl, kiedy słyszysz o tych stworzeniach. Dracula śpi w trumnie, chodzi po ścianach budynków, ma krwistoczerwone wargi, pełen nienawiści wzrok i wyniosłość, jakiej brak niektórym przedstawicielom tego gatunku. Nie mogłam nadziwić się nad tak idealnym lokum, biorąc oczywiście pod uwagę, kim był hrabia. Zamczysko stanowiło dokładnie to, co wyobrażałam sobie, gdy słyszałam o nawiedzonym domu oraz wiecznie stąpających po ziemi nie-ludziach.
"Tajemnicze ostrzeżenie hrabiego, które wtedy napełniło mnie takim lękiem, teraz, kiedy o nim myślę, przeraża mnie jeszcze bardziej. W przyszłości będzie miał on bowiem nade mną straszliwą władzę: będę się lękał zwątpić w jakiekolwiek jego słowo!"
     Dałam się porwać w wir wydarzeń, chłonąc każde słowo, mimo iż w początkowych rozdziałach czułam niejakie znużenie, to w następnych nie potrafiłam oderwać się od lektury. Bram Stoker stworzył to, co chciałam przeczytać. Aż dziwię się, że wcześniej nie podjęłam decyzji o przeczytaniu tego dzieła. Przecież słyszałam wiele dobrego o powieści, a pomimo to przejmowała mnie obawa, że kolejny raz się zawiodę na prozie tego gatunku. Tak nie było, zatem jeśli nachodzą cię podobne wątpliwości jak mnie, to porzuć je i sięgnij po Draculę Brama Stokera.

     Reasumując, powieść polecam absolutnie każdemu. Począwszy od nastolatków spragnionych odrobiny odmiany pośród czytanej literatury, po starszych czytelników łaknących powieści na wieczór, kiedy za oknem szaleje wichura. Każde słowo autora jest jak gdyby odmierzone miarką - może przesądzić czarę - więc albo zawiedziesz się na tej lekturze, albo nieodwołalnie zatracisz. Do tego zmierzają wszyscy pisarze - do wywoływania w czytelniku skrajnych uczuć. Zatem jeśli pragniesz pragniesz zmierzyć się z tajemnicami zamku Dracula, nie czekaj dłużej, a chwyć w dłonie dzieło Brama Stokera.


Egzemplarz recenzencki otrzymałam od wyd. Zielona Sowa, za co serdecznie dziękuję.

!!! Myślę o zrobieniu konkursu, tylko nie wiem, jakie powieści lubicie. Zatem na północnym wschodzie bloga znajduje się ankieta. Mam nadzieję, że klikniecie, dzięki czemu będę mogła choć w niewielkim stopniu dopasować do was nagrodę. !!!